Tatry listopadowo

20.11.2013 - 26.11.2013
Jadę w Tatry. Które góry planujesz zdobyć? Z gór planuję tylko wyjazd. Wszystkie inne decyzje podejmuję na miejscu.

Czwartek: Dotarłem! Jestem na Dworcu Głównym PKS w Zakopanem! Prawie siódma, idealna pora, aby wyruszyć w góry. O tej porze Zakopane jest fajne, ilość ludzi ograniczona do minimum. Po godzince jestem w Kuźnicach. Jest lekko chłodno, widoczność idealna i co najważniejsze nie zapowiada się na deszcz i śnieg. Z dala widać góry pokryte śniegiem.

Pierwszym celem wędrówki jest Schronisko Murowaniec (1500m npm). Prowadzi do niego szlak niebieski oraz żółty. Niebieski wiedzie głównie przez lasy, zatem wybieram szlak z ciekawszymi widokami, czyli żółty. Każdy stawiany krok sprawia, że znajduję się coraz wyżej. Z każdym krokiem zmieniają się widoki na coraz bardziej zachwycające, zmniejsza się temperatura, pojawia się śnieg i miejscami lud na ścieżce.
DSC00170

DSC00171
DSC00172
Zapowiada się, że góry są tylko dla Mnie, totalny brak ludzi! N a rozdrożu przy schronisku obieram kierunek na Czarny Staw Gąsienicowy (1624m npm) - po głowie chodzi, aby przez Zawrat dotrzeć do Schroniska w Dolinie Pięciu Stawów - jednak nad Stawem panuje zima, wszystko pokryte śnieżnobiałym puchem. Pierwszy dzień, więc bez szaleństw - ostatecznie podejmuję decyzję, że śpię w Murowańcu. No, ale jest jeszcze wcześnie i widno, zatem błyskawiczna zmiana planów i w drogę. Zamiast na Zawrat wybieram się na Kościelec (2155m npm). Po 40minutach jestem na Karbie (1853m npm) i dalej wyruszam czarnym szlakiem na Kościelec. Po przejściu kilkunastu metrów na powitanie za skał wychodzą dwie Kozice. Powolutku...powolutku...z kieszeni wyciągam telefon, jedna z kozic ucieka, natomiast drugiej robię zdjęcie.

DSC00177
Pogoda super a wraz z nią super widoki.

DSC00178
DSC00179

Stało się, docieram do miejsca gdzie kończy się zdobywanie Kościelca. Początkowo wdrapuje się, jednak każda próba kończy się ześlizgnięciem w dół - a pod "dołem" przepaść - z niedosytem obieram nowy cel.

DSC00182
Zaczyna się walka pomiędzy dniem a nocą, zatem rozwaga przy wyborze szlaków jest mile widziana. Spoglądam w niebo, spoglądam na godzinę, dam radę! Idę przez Liliowe (1952m npm) i Beskid (2012m npm) na Kasprowy Wierch (1987m npm). Po drodze na Liliowe mijam dwóch facetów, którzy straszą, że jest tak paskudne podejście, że zrezygnowali. No cóż, idę tędy pierwszy raz - zobaczę, ocenię sytuację, podejmę decyzję. Ostatecznie okazuję się, że wystarczy założyć raki.

Idąc w kierunku Kasprowego Wierchu z budynku kolejki wychodzi koleś i powiadamia, że kolejka odjeżdża za 10minut. Spojrzałem na niego jak na mieszczucha „wybieram się do schroniska”. Na co ten ostrzega o tym jak bardzo jest ślisko i żebym uważał na siebie. W rakach wszystko jest tępe jak turyści w trampkach. Kasprowy zdobyty! Wykonuje dwa telefony, wysyłam dwa MMS’y i wióra do schroniska.

DSC00189
W schronisku tradycyjnie wybieram najtańszą opcję łóżkową, w tym przypadku pada na pokój 12 osobowy. Po zniżce płacę 28,8zł. Udaję się do pokoju i na mojej twarzy pojawia się uśmiech – cały pokój dla Mnie. Kładę na podłodze wszystkie rzeczy: plecak, kijki trekkingowe, raki, kurtkę. Przykucam, aby wyjąć kubek i herbatę z plecaka i idę na stołówkę. Przy jednym ze stołów siedzi starszy facet ubrany w sportową koszulkę, tak z pewnością chodzi po górach. Przysiadam się i rozmawiamy o wrażeniach, o szlakach. W między czasie sprawdza pogodę i okazuje się, że jutro ma być słońce od 06:00 do 18:00 i to już ostatni piękny dzień. Następne dni deszcz i śnieg – kiepsko, – ale wszystko dzieje się z jakiegoś powodu – a w moim przypadku powodem jest przystosowanie do kiepskich warunków w górach. Za oknem ciemno już, zmęczenie daje się we znaki, postanawiam zakończyć pierwszy dzień wcześniejszym snem.

Piątek: Budzę się wyspany, przez okno obserwuję pięknie zaczynający się dzień.
Komu w drogę, temu śniadanie! Obficie czyli pół konserwy (95gr) oraz 3 kubki herbaty. Planuję dzisiejszą trasę. Trasa: Przełęcz Krzyżne, Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów, Kozia Przełęcz, Schronisko Murowaniec – jednym słowem „kółko”. Wracam do pokoju pakuję się i w drogę.

Szlak wiedzie przez lasy iglaste, idzie się bardzo dobrze. Tuż przed potokiem zaczyna się oblodzenie ścieżki, idę, co prawda bez raków, ale ostrożnie. Oblodzenie znika dopiero kilkadziesiąt metrów za potokiem. W zamian tego zaczyna się śnieg. 10cm luzacko, jednakże im bliżej przełęczy tym coraz więcej śniegu. Przy podejściu zrobiło się po kolana, idę wolno, ale chęć wejścia na szczyt jest przeogromna!

DSC00195
DSC00197

Na Przełęczy Krzyżne (2112m npm) słoneczko fajnie przygrzewa, wieje zimny wiatr, ale na tyle słaby, że robię 3minutowy odpoczynek połączony z robieniem zdjęć.

DSC00200

DSC00201
Czas iść dalej. 15m od krzyżówki straszydło, czyli wąska ścieżeczka nad przepaścią – to nic – ścieżka była zasypana śniegiem, co w efekcie może skończyć się… Wbijam kijki w grubą warstwę śniegu upewniając się, że stabilnie się trzymają, po czym stawiam pierwszy krok zanurzając nogę po kolana w śnieg. Po kilkukrotnym powtórzeniu wszystkich zabiegów przechodzę na drugą stronę skalnego występu. Szlak przestał straszyć. Jedyne, co się przytrafiło to dobiegający z oddali dźwięk – co jest?! Odwracam się i widzę kilkanaście metrów dalej Kozice, to od niej pochodził dziwny dźwięk a brzmiący mniej więcej tak „to moja miejscówka! Wynoś się!” Na koniec tej przemiłej dyskusji pstrykam pamiątkowe zdjęcie.

kozica

Szlak wiedzie trawersem przez niemalże połowę Orlej Perci. Widoki są przepiękne. Na niebie świeci słońce, które swymi ciepłymi promieniami powoduje, że śnieg topnieje a po skale spływają dziesiątki mikroskopijnych strumyków. W koło słychać uderzające krople o skałę.


Tuż przede mną rozbrzmiewa swą melodią potok cieszący uszy, nabieram w ręce wody i smakuję tą wyjątkowość gór. Ugaszone pragnienie cieszy tak samo jak cisza, spokój i otaczająca wolność – i tak do krzyżówki w dolinie. Wydeptane ścieżki przez dziesiątki ludzi. Jest jeszcze widno, na niebie panuje spokój. Decyduję się na chwilowy odpoczynek w Schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich (1670m npm) przy kubku gorącej herbaty. Ach ten cudowny zapach wrzątku – doceni tylko ten, co zaznał zimna do szpiku kości. Panująca atmosfera w schronisku wspaniała, rozmowy o górach, o przejściach, o pięknie, o wolności. Człowiek wie, że żyje. Spoglądam na wyświetlacz telefonu i wybiła właśnie 14:30 – zatem świetna godzina aby wracać do Murowańca. Plan jest prosty – przejść przez Kozią Przełęcz (2137m npm). Wszystko przebiega wedle planu aż do pewnego kamienia, na którym widnieją namalowane dwa kolory szlaków żółty i czerwony. Oczy kieruję w górę wzdłuż żlebu – krótki odcinek prowadzący wprost do celu. Początkowo wspinaczka wiedzie przez głęboki śnieg sięgający kolan z czasem skała robi się coraz bardziej stroma. Asekuruję się dwoma kijkami trekkingowymi. Posuwam się ku górze bardzo wolno za plecami słońce coraz szybciej chowa się do snu. Jak to w życiu, wszystko możemy przejść a przychodzi taki moment, że Nasze dotychczasowe doświadczenie mówi – STOP! Taki też nastąpił moment w trakcie wspinaczki, stromo, jednolita skała, przez co brak możliwości złapać się. Do tego jeszcze leżący kamień, który jeszcze bardziej zniechęca do dalszej wspinaczki. Wycof! Śpię w Dolinie. Będąc już w pobliżu kamienia z dwoma namalowanymi szlakami w oddali słyszę dwa głosy – kobiecy i męski. Kieruję ku nim wzrok, światło czołówki z dala nakreśla dwie postacie. Panuje półmrok a oni bez oświetlenia! Zdobywanie gór ma to do siebie, że wszyscy jesteśmy równi, co powoduje, że każdy każdemu bezinteresownie pomaga. Czekam na nich przyświecając drogę, gdy byli przy mnie razem zaczęliśmy schodzenie. Początkowo zaproponowałem, aby dwójka szła przede mną a ja idąc z tyłu będę przyświecał drogę wszystkim. Kobieta wymyśliła, że wolno idzie i dlatego będzie szła na końcu. Jedynym rozsądnym wyjściem było zdjąć z głowy czołówkę i założyć jej – tak też uczyniłem. Od tej pory idziemy wszyscy na jednej czołówce. W głębi duszy czułem, że decyzja o wycofie poniekąd uratowała komuś życie. W schronisku otrzymałem 2 piwa w podzięce. Z Darkiem przy piwie rozmawiamy o planach na jutrzejszy dzień. Okazuje się, że jeśli pogoda będzie ładna to idziemy razem. W pamięci mam przypowieść, że dzisiaj ostatni dzień pięknej pogody a od jutra deszcz. Jednakże po schronisku chodzi informacje o ładnej pogodzie, hm…

Sobota: Otwieram oczy, jedyna myśl, która krąży w głowie to, jaka jest pogoda? Wstaję z łóżka spoglądam w okno i widzę pokryte góry promieniami słońca. Dla pewności wychodzę na dwór (człowieku z małopolski czytaj pole) – TAK – dzisiaj zapowiada się piękna pogoda. Śniadanie i wyruszamy w drogę. Idzie się świetnie, szlak jest przetarty połowicznie tzn. u stóp góry znajdujące ślady są wynikiem zgubienia się trzech facetów. Na wyższych partiach już jest wszystko w porządku, ślady idą po szlaku, łańcuchy są odkopane. Przy samym wierzchołku jedynie kawałkiem trzeba uważać. Na Szpiglasowej Przełęczy (2110m npm) chwilę odpoczywamy, spoglądamy na Szpiglasowy Wierch (2172m npm) – zdobądź mnie! – to tylko 15minut. Zostawiamy plecaki i zdobywamy. Na górze jest 5osób, z którymi żartujemy, chwila zadumy i dalej w drogę. Zejście wydeptane niczym autostrada. Na krzyżówce spoglądamy na zegarek, na słońce, podejmujemy decyzję, że damy radę zdobyć Wrota Chałubińskiego (2022m npm). Asia poszła do Schroniska na Morskim Oku (1410m npm), My zaś zdobyć górę. Trasa do podejścia wiodła przez wielkie kamieniory. Podejście wygląda na kilkadziesiąt metrów ze śniegiem głębokości po kolana a miejscami po pas. Wrota zdobyte, chwila zadumy i zejście – zaledwie 10minut – nadrobiłem stracony czas na podejście. Wróciliśmy na szlak. Dotarliśmy do Morskiego Oka – mnóstwo ludzi – niemalże pielgrzymka. Szybko się stąd ewakuujemy na niebieski szlak wiodący przez Kępę (183m npm) oraz Świstową Czubę (1763m npm) do Piątki. Noc zastała Nas dopiero na zejściu z góry, także czołówki przydały się ponownie. W schronisku zjadłem zajebiście dobrą zupę pomidorową – jak do tej pory najlepszą w życiu – kolor i kwasowość idealna.

DSC00213
DSC00222
Niedziela: Skład mistrzowski do końca. Plan na dzisiaj: czarnym szlakiem w stronę Koziego Wierchu potem odbić na czerwony, aby żlebem Kulczyńskiego zejść do Murowańca. Godzina 08:37, najedzeni, napici wychodzimy ze schroniska. Pogoda załamała się. Mgła ogranicza widoczność do kilkunastu metrów, mżawka niepozorna w krótkim czasie sprawia, że wszystko jest mokre. Kamienie na szlakach są pokryte cieniutką warstewką lodu, co też sprawia, że wszyscy zaraz przy schronisku zakładają raki. Ostrożnym krokiem docieramy do krzyżówki z czarnym szlakiem, od razu wędrujemy ku górze. Trasa wiedzie przez głęboki śnieg, miejscami poza szlakiem bardzo stromo. Decydujemy się, pilnować szlaku, co wymaga czasu gdyż sporo oznaczeń jest ukrytych pod warstwą śniegu. Wszystko przebiega w miarę dobrze do momentu zejścia na Przełęcz nad Dolinką Buczynową (2225m npm), tutaj tracimy sporo czasu na szukanie oznaczenia. Schodzę kilkadziesiąt metrów w dół – jest oznaczenie, ale śnieg jest głęboki po kolana a miejscami i więcej. Z racji tego, że w ekipie jest kobieta decydujemy się na to, że Darek i Asia wracają a Ja schodzę czarnym szlakiem poprowadzonym wzdłuż Żlebu Kulczyńskiego. Idzie się super aż do momentu, gdy napotykam pierwszą przepaść, aby się wycofać odpinam czekan i dzięki niemu wspinam się po stromej ścianie. Kilkanaście metrów dalej sytuacja się powtarza. W końcu natrafiam na oznaczenia czarnego szlaku! Radość szybko mija albowiem stromo w dół prowadzą łańcuchy – wyciągam z plecaka 2 metrowy kawałek liny oraz karabinek – robię prowizoryczną lonżę – dzięki niej komfort psychiczny wzrasta bardzo wysoko. Przetarty ślad spotykam dopiero na krzyżówce i zdecydowanie prowadzi do schroniska. Droga od tego miejsca jest z drobnymi przygodami. W Murowańcu tłok – 5 osób – 2 chłopaków wieczorem schodzi z gór. Zostałem z dwoma dziewczynami, wieczór spędzamy wspólnie grając w gry oraz na rozmowach o górach.

Poniedziałek: Chwilę po przebudzeniu spoglądam w okno – zima jak nic – wszędzie biało, pada śnieg. Wyszedłem przed schronisko przejść się kawałek w celu sprawdzenia jak się chodzi - wolno. Na stołówce spotykam dziewczyny, chwilę rozmawiamy, planujemy trasy. Okazuje się, że razem będziemy szli połowę naszych tras, czyli na Rówień Waksmundzką (1400m npm). Ciekawie się idzie, wszystko zasypane grubą 50cm warstwą śniegu – torujemy drogę zmieniając się nawzajem. Z racji tego, że dziewczyny nie chcą się zmoczyć wszystkie przejścia przez potoki pokonuję, jako pierwszy. Widoki super! Na Równi robimy dłuższy odpoczynek na rzucenie czegoś na ząb – dzielę się ostatnimi 4 kostkami czekolady – z czego 2 zjadam. Rozstajemy się. Idę na Psią Trawkę, co prawda śnieg jest głęboki, ale za to jest przetarty. Na Psiej Trawce widzę postawione znaki ostrzegające o zagrożeniu lawinowym – fajnie! W śniegu są koleiny prowadzące do Murowańca – idzie się o niebo lepiej niż po świeżym puchu. Z daleka rozbłyska światło – schronisko myślę – bliżej okazuję się, że to samochód torujący drogę. Zapanował zmrok, zakładam czołówkę i wyprzedam samochód, idąc jeszcze 500m po głębokim śniegu. W Murowańcu zamawiam kwaśnice z ziemniakami – kwaśnica trafia na mapę smaków – nabieram sił i o 18:30 wychodzę na szlak w kierunku Kuźnic (1010m npm). Dość szybko schodzę, przez co spokojnym krokiem udaję się na Dworzec Główny PKS. W poczekalni Dworca znajduje się 5osób dziwnie rozsiadłych przy grzejnikach – o jakiś dobry znak – podchodzę do jednego z grzejników dotykam ręką – grzeją! Po zdjęciu stuptupów spodnie są mokre po kolana a zimno działa ze zdwojoną siłą. Rozsiadam się na ławce, wyciągając nowi wzdłuż grzejnika – jakie ciepełko. Po 1h podjeżdża autobus, wsiada tylko 15osób. Na ulubionym miejscu, rozkładam się na dwóch fotelach do snu i tak już do Warszawy.

DSC00224
Wtorek: Obudziłem się kilka minut przed przystankiem. Suchy odbieram plecak i udaję się do metra, aby jeszcze 1h poczekać na kolejny autobus. W metrze o tyle jest fajnie, że jest w miarę ciepło oraz co jakiś czas zmieniają galerię, co umila czekanie. W autobusie ponownie rozkładam się na podwójnym fotelu i śpię. W Lublinie kolejna przesiadka i do domu na jedzonko.
Kategoria: Góry