Przejście Polskiego Wybrzeża 2013

31.05.2013 - 13.06.2013
Słońce, plaża, woda – czyli Pieszo Polskim Wybrzeżem. Krótka chwila…ulotna krótka chwila...zmienia się w wyprawę. Siedzę w niedzielne przedpołudnie, w jednej krótkiej chwili odczuwam potrzebę zrobienia czegoś dziwnego. Po minucie spoglądam na zdjęcia satelitarne wybrzeża. Tak, to jest to!

Wszystko ma swój początek i koniec, również Polskie Wybrzeże. Do wyboru mam początek trasy przy granicy Polsko-Rosyjskiej lub przy granicy Polsko-Niemieckiej. Stawiam dwa kryteria: cena dojazdu oraz bezproblemowość dojazdu. Dojazd z Bełżyc do granicy Polsko-Rosyjskiej jest tańszy i kombinowany.  Dojazd z Bełżyc do granicy Polsko-Niemieckiej jest droższy o kilkanaście złotych i szybszy. Decyduję się na drugi wariant.

Założenia: Kwota 150-200zł na dojazdy w dwie strony oraz 200zł na wyżywienie. Długość wyprawy do 21dni.

Wyposażenie: plecak, namiot, karimata, śpiwór, pokrowiec na plecak, czołówka, taśma klejąca, mapa przejść kanałów i rzek, dwie siatki foliowe, dwa worki kurierskie, kurtka, zapałki, spodnie, koszulka trekkingowa, koszulka termoaktywna, kaszkiet, płaszcz przeciwdeszczowy, zeszyt, długopis, telefon, ładowarka, dokumenty, szczoteczka do zębów, pasta do zębów, żel pod prysznic, ręcznik, dwa litry wody, litr piwa, konserwa 200g, czekolada.

image002


Dzień d1, 31.05.2013, Bełżyce-Lublin-Warszawa-Świnoujście
Budzę się wcześnie, w krwi krąży przyjemne uczucie podróży. Organizm przestawia się na tryb wyprawowy tym samym zaniża zapotrzebowanie na żywność.

Podróż zaczynam w Bełżycach skąd jadę busem do pobliskiego Lublina. Wysiadam przy Placu Zamkowym skąd kieruję się na Dworzec Główny PKP – co zajmuje 30minut. Przed zakupem biletu przeglądam obowiązujące promocje. Akurat tego dnia załapuję się na bilet podróżnika kosztujący 74zł – oszczędzam 6zł.

Przy zakupie biletu zaskakuje wysoka jakość obsługi, od razu otrzymuję wydrukowane dwie miejscówki Lublin-Warszwa oraz Warszwa-Świnoujście. Czas w drogę! Z Lublina wyjeżdżam o 19:31 a już o 21:55 jestem w Warszawie. Korzystając z okazji podziwiam Pałac Kultury i Nauki.

image004

Na rozkładzie zaciekawia adnotacja:
„Warszawa-Szczecin, Szczecin-Świnoujście prowadzenie pociągu”  Co oznacza „prowadzenie pociągu”?
23:20 podjeżdża pociąg, w przedziale jest 5 osób także na dwóch miejscach wygodnie się rozkładam.


Dzień 1, 01.06.2013, Świnoujście – Wisełka
Budzę się około 05:00, czuję się wyspany. Jestem gdzieś na trasie. Dojeżdżam do Szczecina – w przedziale wraz ze mną zostaje jedna osoba. Przesiadam się na przeciwległe fotele i rozkładam na czterech fotelach. Komfort wzrasta stukrotnie. Pociąg stoi i stoi. W między czasie przysypiam na godzinę. Pociąg rusza. Moja ciekawość co do zapisu „Szczecin-Świnoujście prowadzenie pociągu” zaspokojona. Podróż przebiega dość ciekawie: pociąg dłużej stoi niż jedzie a właściwie toczy się. Na miejscu jestem o 09:35.

Wychodząc z pociągu obserwuję wielki zamęt – część ludzi się wita, druga część biegnie w tym samym kierunku. Idę za tymi co biegną, okazuje się, że wbiegają na Prom Bielik – w ostatnim momencie wchodzę na pokład. Po 5 minutach zmierzam w kierunku granicy. Szok! Wystarczy, że stanę przed pasami a wszystkie samochody zatrzymują się. Specyfika turystycznych miast, tubylcy w ten sposób dbają o swoje miejsca pracy.

Znajduję się przy ulicy Bałtyckiej, która prowadzi nad Morze jednak decyduję się iść do Niemczech zaobserwować różnice kulturowe. Ostatecznie wyprawę zaczynam 2km przed Polską.

image006

Na plaży jest sporo ludzi. Niebo jest całkowicie zachmurzone, wieje paskudny wiatr. Podchodzę jak najbliżej morza unikając kontaktu z falami. Piach jest ubity dzięki temu bardzo dobrze się idzie. Docieram do falochronu.

Obserwuję jak z olbrzymich statków suwnicami rozładowują ładunek. Czerpak suwnicy jest wielkości samochodu osobowego.

image008

W drodze na prom przy Fort Zachodni, zainteresowanie wzbudza kopuła służąca do „czegoś”.

image010

Kopuła jest częścią systemu obronnego z czasów II Wojny Światowej. Umieszczony w środku żołnierz strzelał do Niemców – proste i skuteczne rozwiązanie. Idąc za miejscowymi docieram do portu, gdzie pierwszy raz widzę stację benzynową ze zbiornikiem paliwa nad ziemią.

image012

Konstrukcja dźwigu z czasów gdy ceniono trwałość produktu.

image014

Ponownie płynę Promem Bielik tym razem kontynuując wyprawę. Idąc pokręconą ulicą Ku Morzu mijam wielkie wykopaliska, które okazują się budową rurociągu Świnoujście-Szczecin. Po dość długim marszu docieram do Latarni Morskiej. Pokonując 260 stopni docieram na szczyt latarni. Panująca mgła ogranicza widoczność do kilkuset metrów. Ludzie pod latarnią wyglądają jak mrówki. Przy wyjściu z latarni sprawdzam drogę dojścia na plażę.

Przy falochronie plaża pokryta jest tysiącami muszli – wydobywający się dźwięk spod butów przypomina grube chrupiące chipsy  – chrup, chrup, chrup.

Prócz plażowiczów spotykam również sprzęt ciężki, koleiny dźwigu są głębokości 30cm.

image016

Dzieło dźwigu.

image018

Godzina 20:10 – niebo całe zachmurzone, brak gwiazd, brak księżyca a jest widno. Postanawiam zakończyć dzień w pięknym stylu czyli wypić dwa piwa zaspakajając zmęczone mięśnie. Aby to uczynić potrzebuję miejscowości ze sklepem. Mija dosłownie chwila a na plaży pojawia się para.
Ja: Ile stąd jest do sklepu spożywczego?
On: Tam nic niema, tylko las.
Ja: Ile do następnej miejscowości?
On: Kawałek.
Ja: Dam radę.

Po przejściu „kawałka” na jednym z wejść siedzi para spożywająca piwo.
Ja: Hej, daleko stąd do sklepu spożywczego?
On: 15 minut drogi.
Ona: Gdzie będziesz rozbijał namiot?
Ja: Gdzie popadnie, polecacie miejscówkę?
Ona: Kilometr stąd jest polana, służyła kiedyś rybakom. Policja tam nie zagląda. Poznasz to miejsce po betonowej ścianie.

Nawiązuje się ciekawa rozmowa. Okazuje się, że sklep jest otwarty do 21:00. Dziękuję za cenne informacje. Pełna mobilizacja – kierunek sklep. Zamknięty! Idę w miasto – od miejscowego dowiaduję się, że sklepy są do 21:00 – brak nadziei na piwo.

Wracam na plażę. Jako, że lubię chodzić szlakami tylko raz, wracam inną trasą co bardzo owocuje. Przed restauracją kobieta zamiata chodnik – pewnie zamknięte ale zapytać można – okazuje się, że jest jeszcze otwarta. Ceny normalne-restauracyjne ale jak ma się określony budżet to wyglądają kosmicznie. Zamawiam piwo – będąc na wyprawie próbuję nowego trunku – pada na Lubuskiego Portera (9zł). Piwo smakuje wyśmienicie. Oddając butelkę chwalę smak piwa. Dowiaduję się gdzie można zakupić to wyśmienite piwo. Kończąc wizytę w miejscowości Wisełka kieruję się na plażę. Ciemność…ciemność widzę – na leśnej ścieżce z plecaka wyciągam czołówkę, dzięki niej trafiam na plaże gdzie jest w miarę przejrzyście.

Po kilkuset metrach docieram do betonowej ściany. Pogoda cały dzień miała się na burze więc rozbijam namiot pod drzewami w razie czego będzie mniej narażony na wiatr i deszcz. Czuję jak Porter daje w czuba –  czyli działa środek przeciwbólowy. Otwieram namiot, wrzucam karimatę, plecak. Na środku namiotu rozkładam karimatę a po lewej wyciągam cały sprzęty aby móc dostać się do śpiwora. Zasypiam w sekundę.


Dzień 2, 02.06.2013, Wisełka – Mrzeżyno
Słyszę szum niczym szalejący wiatr po koronach drzew. Otwieram oczy widzę spokojne wnętrze namiotu. Co jest grane? Noc minęła dziwnie – pierwszy raz na wyprawie mam niesprawdzony sprzęt a jest nim śpiwór – komfort spania dziwny. Temperatura w nocy pewnie spadła do kilku stopni Celsjusza. A w śpiworze było raz ciepło, raz zimno – w tym drugim przypadku za dodatkowy przykrycie służyła kurtka.

Wybija – 04:00 – szalejącym wiatrem jest szumiące morze. Spokojnie, jestem Panem swojego czasu. Po chwili leżenia wyrzucam z namiotu graty ogarniam wszystko i o 05:30 ruszam w drogę.

image020

Pogoda taka sama jak dnia poprzedniego: pochmurne niebo i ciągle wieje.

image022

Docieram do miejscowości Dziwnów – tutaj pierwszy kanał do obejścia. Stało się! Z początku niepozorne pokrapywanie przemienia się w paskudną ulewę. O tyle dobrze, że wchodzę w coraz gęściejszy las gdzie pod koronami drzew znajduję schronienie. Pod jednym z drzew leżą dwa spore kamienie – na jednym z nich rozkładam karimatę i wygodnie spoczywam.

Deszcz coraz bardziej się nasila, po liściach woda spływa coraz większymi kroplami. Plecak przykrywam pokrowcem natomiast na siebie narzucam płaszcz przeciwdeszczowy.

Deszcz ustaje. Udaję się w dalszą wędrówkę, po kilkuset metrach znowu zlewa! Schronienie znajduję pod koronami drzew rosnących przy drodze. Intensywność deszczu przebija liście i w ostateczności przemakam. Przemoknięty kontynuuję wędrówkę. Zaledwie po 200m docieram do sklepu spożywczego. W końcu tankowanie!
Ja: Dzień dobry, poproszę: piwo, dwa kawałki kiełbasy, jest pieczywo?
Sprzedawca: Nie ma, mogę przynieść kromki chleba ze smażalni.
Ja: To zbyteczne, niech będzie drożdżówka.
Sprzedawca: Do kiełbasy?
Ja: Tak. (zdziwienie sprzedawcy bezcenne)

Ciągle padający deszcz sprawia, że czas oczekiwania wykorzystuję na zajadanie się smakołykami: drożdżówka, piwo, oraz o czym pierwszy raz w życiu słyszę, widzę i smakuje a mianowicie wędzony śledź (1,8zł). Smakuje bosko i o dziwo w porównaniu ze śledziem ze słoika, pachnie.

image024

Deszcz ustaje – wyruszam. Po przejściu kilkuset metrów i złapaniu dwóch ulew docieram na plażę. Przemoknięty i zmarznięty – ciepło utrzymuje się wyłącznie przez wypite piwa. Wiesz co? Ciągle wieje! Wiatr sprawia, że wszystko wysycha w przeciągu kilkunastu minut.  Nocleg wypada w  lesie w miejscowości Mrzeżyno.


Dzień 3, 03.06.2013, Mrzeżyno – Gąski
Noc spokojna, ciepła. Idę…ciągle idę, atrakcją dzisiejszego dnia jest przerwana plaża w Kołobrzegu, którą mijam przechodząc przez park.

Czuję w kościach, późną godzinę – zatem czas rozejrzeć się za noclegiem a właściwie za dobrym miejscem pod namiot czyli w miarę równe podłoże, z dala od morza i na tyle zasłonięte aby uniknąć przypadkowych służb. Nocleg wypadła w miejscowości Gąski (310km) – faktycznie gąski – cała wieś ciągnie się wzdłuż jednej drogi długości 2km. Chałupa za chałupą… Przez wyrwę w wydmie wchodzę w las. Wśród panującej ciemności przy świetle czołówki,  namiot rozbijam obok namiotu rowerzysty. Dobranoc!


Dzień 4, 04.06.2013, Gąski – Wicie
Dzień zapowiada się paskudnie, od rana namiot poruszany jest przez chłodny wiatr, ciemno, ponuro, co chwila krople uderzają o namiot. Pierwszy raz mam ochotę zostać cały dzień w namiocie. No ale. Śniadanie – kilka łyków wody i 3 kawałki konserwy – ohyda! Pozbierany…
 
Po kilku godzinach marszu, dzień jest piękny, słoneczko grzeje, w końcu widać niebo, fale jakby spokojniejsze. Wieje słabiej, czasem najsłabszy powiew sprawia uczucie zimna – zakładam czapkę.

Dużo, dużo zza Mielnem znajduję list w butelce. Z butelki wydobywa się przecudowny zapach wina…

W miejscowości Darłówko robię smaczne zakupy. Na ławce nad kanałem, obserwuję wracające kutry z morza – karmię zmysły zasłużonym posiłkiem. Najedzony wyruszam. Po kilkuset metrach napotykam wielki plac budowy – remont plaży. Idąc na pałę wychodzę za miejscowość i przez pola mijam część budowy wychodząc na rozkopaną plaże. Obok Mnie kursują ogromne ciężarówki, koła o średnicy dwóch metrów. Człowiek przy ciężarówkach jest robakiem. Wędrówkę po rozkopanej plaży kończę po 10km. Przy słupku 260km wychodzę z plaży. W parku rozbijam namiot, wypijam piwo na dobry sen. Padnięty zasypiam.


Dzień 5 05.06.2013, Wicie – Ustka
Noc zimna, co jakiś czas zmarznięty okrywam się kurtką.
Rano namiot jest oszroniony co średnio motywuje do wyjścia. Po dłuższej chwili widzę pierwsze przebłyski słońca – znak do wyjścia. Śniadanie na bogato: kilka łyków wody, kiełbasa, 6 kostek czekolady oraz pół kefiru. Po tak obfitym śniadaniu idzie się świetnie.

Po drodze napotykam na kanał w Jarosławiu a przy nim wielki miastowy pies. Skręcam w prawo aby idąc wzdłuż kanału przejść po kładce. Ku moim oczom ukazuje się elektrownia (?) w dodatku z informacją o monitoringu. Zawracam, pytam miejscowej kobiety co jest grane na to ona, że „trzeba przejść przez pompę”.

Trochę gimnastyki i jestem na drugiej stronie. Ścieżki wzdłuż kanału brak, udaję się przez las po wydeptanych ścieżkach. Wychodzę dokładnie naprzeciwko miejsca gdzie kilka minut wcześniej skręciłem. Tnę plażą szybko, nabijając kilometr za kilometrem. Po drodze mijam dwie postacie siedzące na wydmach strojem przypominające żołnierzy. Po przejściu około 5km wychodzi z krzaków postać – żołnierz – podchodzi do Mnie zaczynamy rozmowę w między czasie podchodzi drugi. Okazuje się, że jest to poligon a teren dla cywilów jest zamknięty. Zresztą odbywają się „strzelania” Żołnierze wytłumaczyli co mam zrobić „wrócić do Jarosławia i stąd drogą do Ustki na drugi brzeg” – wracam.

Po kilometrze widzę ścieżkę przez wydmę, odbitych jest sporo śladów a co najważniejsze są dwa cywilne. Co będę się wracał tą samą drogą – myślę – przechodzę wydmę, potem 100m lasu i oto znajduję się na szerokiej ułożonej z płyt drodze. Przejeżdżają co chwila wojskowe samochody – pewnie na poligon. Co raz za drzewami widać żołnierzy, namioty wojskowe, samochody. W końcu napotykam na drodze trzech żołnierzy z czerwonych beretów:
Ja: Cześć, ta droga prowadzi do Ustki?
Żołnierz: Tak, ale w przeciwną stronę.
Ja: Tam jest poligon, a Mnie cofnęli z plaży.
Żołnierz: To jest poligon.
Ja: Dojdę tędy do cywilnej drogi?
Żołnierz: Tak, 4-5km i będzie brama a za nią droga.
Ja: Dzięki.

Z oddali słychać strzały o różnym nasileniu hałasu. Jest brama. Tak jak się spodziewałem jest szlaban i strażnica. Tego dnia jestem ubrany w spodnie moro-pustynne, czarna koszulka, przeciwsłoneczne okulary oraz czerwony kaszkiet. Wyprostowany jak na żołnierza przystało tnę przed siebie pewnym szybkim krokiem. Przechodząc obok strażnicy, koleś zerknął na mnie ja na niego i tym sposobem wychodzę z poligonu. Swoją drogą ciekawe doświadczenie cywil na rozstrzelanym poligonie bez przepustki, bez żadnego „ale”

Zaraz za szlabanem jest droga prowadząca do Ustki – przejeżdżających rowerzystów dopytuję czy idę w dobrym kierunku – „TAK”

 Z oddali wypatruję „sklep spożywczy”, zjadam jogurt naturalny z bułką,. Ekspedientka wytłumaczyła skrót do Ustki przez wioskowe drogi. Widoki super. Po drodze kładę się w trawie, wypijam zalegające piwo. Koniec skrótu a początek ruchliwej asfaltowej drogi. Droga jest wąska, samochody aby się minąć, jeden musi zjechać prawymi kołami na pobocze. Po kilku kilometrach wioskowy sklep – jogurt i bułka. Przed sklepem siedzi dwóch starszych Panów. Okazuje się, że wybrali się w trasę dookoła Polski – to już 60 dzień wędrówki. Rozmowa na wesoło, opowiadamy o szlakach, o filmach piechurowych. Okazuje się, że są z Nowego Sącza – także jeden z nich dzwoni czy ktoś zna szwagra.
Ja: Panowie, co Was skusiło na podróż?
Wędrowiec: Na stare lata szajba odbija, więc postanowiliśmy coś zrobić.

Chwila rozmowy, pozdrowienia i każdy rusza w swoja stronę – super spotkanie. Szlak czerwony pokrywa się z drogą asfaltową w pewnym momencie następuje rozwidlenie – idę szlakiem. Po dwóch godzinach okazuje się, że kończę iść 7km ekstra! Stopy do tego stopnia bolą, że zdejmuję buty i idę asfaltem na bosaka. W końcu wioska, kefir i bułka.
Ja: Jest tu sklep obuwniczy? -  pytam ekspedientki.
Ekspedientka: Tutaj jest tylko ten sklep.

Rozsiadam się przed sklepem. Po jedzonku ruszam, napotykam znak drogowy: „Ustka 6km” – cholera!

Na początku Ustki w markecie kupuję piwo oraz japonki – normalnie w życiu bym nie kupił japonek, ale tonący brzytwy się chwyta. Zaraz po wyjściu siadam na ławce, popijając piwo wyjmuję z opakowania klapki. Zdecydowanie lepszy komfort niż w butach. Zmęczenie sprawia, że mam już wszystkiego dość! Naprzeciwko widzę rosnące krzaki, jako, że mam do wyboru katować się idąc przez całą Ustkę szukając miejsca na nocleg albo rozbić namiot w krzakach. Opcja druga zdecydowanie lepiej brzmi. Tym oto sposobem mówię, dobranoc.
 

Dzień 6, 06.06.2013, Ustka – Słowiński Park Narodowy
Słońce przez liście przyjemnie oświetla namiot.  Idąc przez miasto wśród przechodniów wzbudzam ciekawość. Po drodze kupuję witaminowe śniadanie: piwo, czekolada, banan i jabłko. Samo śniadanie spożywam nad morzem. Już dobrze przygrzewa także bardzo szybko przybywa ludzi na plaży – to wręcz idealny znak by kontynuować wędrówkę.
 
Tego dnia nocleg wypada na pustkowiu. Wchodząc przez wydmy w głąb terenu napotykam na sarnę – spogląda jak na intruza – ma racje – jestem tu intruzem . Rozbijam namiot pomiędzy wydmami a lasem.


Dzień 7, 07.06.2013, SPN – ???
Zwijam sprzęt z samego rana i mykam na plaże. Po kilkuset metrach na środku plaży rozkładam karimatę. Wczesną pobudkę nadrabiam drzemką.


Dzień 8, 08.06.2013, ??? – Władysławowo
Słońce zmyka spać. Ludzie coraz większymi grupkami zmykają z plaży. Kieruję się na falochron – ostatnie kilkadziesiąt metrów wiedzie po piaszczystym puchu – nogi w mgnieniu oka zapadają się.

W końcu falochron, stąd kieruję się na bramkę. Będąc blisko spostrzegam zakaz wstępu – tubylcy idą – to i ja idę.

Przemierzając ulicą Portową rozglądam się za miejscem do noclegu, zaledwie po kilkuset metrach dostrzegam zielony szeroki teren w dodatku wygląda na dziki. Z brzegu parking a za parkingiem wysokie chwasty sięgające do pasa. Pod wielką wierzbą, ugniatam chwasty na których rozkładam namiot.


Dzień 9, 09.06.2013, Władysławowo – Hel
Przez całą noc dobiegał hałas z pobliskiego zakładu jednak wyspałem się. Od rana jest bardzo gorąco. Już w namiocie noga gotuje się z bólu – kostka spuchnięta na tyle, że ciężko na nią patrzeć a jeszcze gorzej iść. Spakowany, głównymi drogami docieram na drogę prowadząca na Hel.

Jestem przy Zatoce Puckiej – obolały, niedożywiony, przegrzany od słońca – do głowy wpada pomysł aby pominąć Hel i iść do Pucka. Z tego miejsca w którym stoję do Helu jest 35km drugie tyle z powrotem czyli razem ekstra 70km – wyprawa to wyprawa – idę na Hel – zresztą pierwszy raz tu jestem.

Po drodze zachodzę do marketu – nadeszła chwila gdy kasa na żarcie jest w stanie krytycznym. Podejmuje decyzję, że gdy zbraknie kasy na powrót to złapie stopa – przybywa 100zł do dyspozycji.

Bogatszy zakupuję 0,5kg kiełbasy, 1kg kapustę pekińską, owoce, kefir, chleb, musztardę – posiłek bogów! Przechodzę przez tory i po kilku metrach znajduję się na szerokiej plaży – strona zachodnia zatem panuje tu cień i wieje zimny wiatr – ubieram się w kurtkę. Po drodze mijam sesję zdjęciową – początkowo ekipa uzgadnia szczegóły – po chwili modelka rozbiera się do bikini – biedulka kuli się z zimna. Na widok biegającej modelki, robi się ciepło. Fotografik goni modelkę po zimnej wodzie – teraz to już czuję się jak na tropikach. Rozgrzany od patrzenia na zziębniętą modelkę ruszam dalej. Droga do samego Helu wiedzie szeroką plażą. Ludzi widzę tylko przy wyjściach.

Z daleka na wydmie obserwuję stojącą postać, gdy podchodzę, znika w gąszczu drzew. Czuję wspaniały zapach dymu, ognisko. Po kilometrze na znak zachodzącego słońca wychodzę z plaży. Po kilkunastu metrach skręcam ze ścieżki wgłębię lasu. Las iglasty z gęstymi koronami,  a łysymi pniami na wysokość trzech metrów. Z dala od ścieżki w młodych gęstych sosnach znajduję świetną miejscówkę, odrzucam szyszki po czym w ukryciu rozkładam namiot. Rozbity namiot cieszy oczy całodziennej wędrówki. Dobiegająca z oddali muzyka sprawia, że tego wieczoru zasypiam bliżej cywilizacji niż w inne dni.


Dzień 10, 10.06.2013,  Hel – Władysławowo
Na plaży panuje spokój, z dala widzę jedną osobę. Piaszczysta plaża zamienia się w usypane betony. Ścieżką dochodzę na  najbardziej wysunięty punkt Polski. Jestem szczęśliwy – półmetek drogi – teraz z górki! (Hel jest osobistym półmetkiem). Przy chodniku stoją wielkie działa broniące Polski w czasie wojny aż korci żeby do nich zajrzeć – jest wejście – pomiędzy działami poprowadzone są korytarze, które teraz służą do zwiedzania. Działa ważą po kilka ton – konstrukcja mechaniczna – zero elektroniki – kunszt prawdziwych konstruktorów.

Komu droga, temu w drogę. Wyruszam z przekonaniem, że droga prowadzi po plaży – jest plaża – wychodzę i…500m. Na mapach satelitarnych wschodnia część Mierzei Helskiej wyglądała dziwnie. No cóż to plaża dla mieszczuchów, dalej będzie normalnie.

Idąc prze Hel zaopatruje się w żywność. Śniadanie w Parku Wydmowym, siedzę na ławeczkę z widokami na wydmy i jej roślinność. Droga powrotna wiedzie środkiem Mierzei Helskiej chodnikiem wzdłuż ruchliwej drogi. Widzę z dala „Wieża Kierowania Ogniem” – ki pierun. Wbijam na wieżę – panuje w niej przyjemny chłód – pytam pracownika gdzie jest wejście na plaże na co on – „tu wszędzie są tereny wojskowe”. Wygląda na to, że cały czas asfalt!

Po przejściu kilkuset metrów decyduję się wbić w drogę prowadzącą na wschodni brzeg. Docieram do pordzewiałego ogrodzenia z całkiem nowymi tablicami – Tereny Wojskowe – jest dziura w ogrodzeniu, czyli można. Mijam sporo betonowych konstrukcji które w czasie wojny z pewnością służyły do obrony. Na plaży znajduje się mnóstwo łabędzi, w zasadzie szkieletów łabędzi – jakby cmentarzysko.

Nielegalny spacer po plaży kończy wysoki płot wychodzący z lasu – aż kilkadziesiąt metrów w wodę.
Skręcam w las idąc wzdłuż ogrodzenia wychodzę na drogę z której skręciłem. Po 2,5km wbijam na Wojskowy Zespół Wypoczynkowy. Stąd drogą z płyt oraz asfaltem docieram na ścieżkę rowerową do Władysławowa.

Po całym dniu marszu po twardym gorącym podłożu stopy aż się gotują. W cieniu drzewa odpoczywam czując przyjemny chłodny wiaterek. Ostatecznie przed Władysławowem pomiędzy drogą a torami rozkładam namiot. Co prawda głośno jednak podłoże z miękkiego mchu sprawia uczucie spania na bardzo wygodnym łóżku – rarytas.


Dzień 11, 11.06.2013, Władysławowo – Rewa
Wyspany spoglądam na gotującą się nogę – musisz dać radę! Na lordowskie śniadanie udaję się pod wiatę przy skrzyżowaniu ulic Starowiejskiej i Portowej. Stąd szlakiem rowerowym wzdłuż Zatoki Puckiej wyruszam do Pucka.

W miejscowości Swarzewo odpoczywam. Z idącej obok grupki przedszkolaków jedna z dziewczynek pyta:
Dziewczynka: Dlaczego ten Pan leży na ziemi?
Pani: Jest zmęczony.
Ja: Zwłaszcza, że idę od granicy z Niemcami.
Pani: Naprawdę?! (Zdziwiony wyraz twarzy bezcenny…)

W Pucku zaopatruję się w dwa piwa które z resztą wypijam przed sklepem. Dożywiony i ożywiony ruszam dalej.

Docieram do ujścia rzeki Reda – brak przejścia, zatem wracam. Leżąca w trawie deska informuje, że jestem w Ptasi Rezerwat Beka – no fajnie! Na rozstaju dróg skręcam w lewo, po kilkunastu minutach wychodzę na szlak rowerowy. Szlak wiedzie drogą ułożoną z płyt. W koło komarów i muszek jest nie tysiące lecz miliardy! Mimo zmęczenia drogę przez las pokonuję nadzwyczaj szybko – komar pogania komara – wystarczy stanąć na sekundę a czuje ugryzienie za ugryzieniem. Wreszcie wydostaję się z komarowego piekła!

Tuż za łodzią rybacką przy wjeździe do rezerwatu Beka wchodzę wysokie po pas zarośla i wygniatam w nich miejsce pod namiot. Pierwszy nocleg bez szumu morza – bezcenne!


Dzień 12, 12.06.2013, Rewa – Gdańsk
Noc straszna – budzę się co chwila, wyginam śmiało ciało. Rano okazuje się, że namiot rozbity jest na zaoranym zarośniętym polu.

Jak do tej pory najgorsza noc! Połamany…wyruszam. Docieram do mola w miejscowości Rewa – na plaży remont. Po kilkuset metrach asfaltu wbiłem na plaże. Plaża rozmaita: piaszczysta, z głazów, z betonów rozbiórkowych, beton chroniący wybrzeże.

Docieram do płotu przed Torpedownią „Formoza” – tutaj widnieje tablica „Tereny wojskowe” wracam się kilkadziesiąt metrów. Wzdłuż pordzewiałego płotu z siatki wspinam się ścieżką po stromym zboczu. Lepsze to niż wracać się… Zdziwiony wchodzę w środek cmentarza wojskowego. Jest to Gdynia Oksywie – Cmentarz Marynarki Wojennej.  

Na czuja – docieram do Portu Wojennego. Z pomocą mapy oraz dwóch porad mieszkańców docieram na plażę. Pomiędzy Gdynią a Sopotem trafiam na sesję zdjęciową z udziałem półnagich modelek oraz…dwumetrowego węża – chwila rozmowy z fotografem oraz z modelkami zaspakaja ciekawość. Ostatecznie docieram do Gdańska gdzie w Parku Prezydenta Ronalda Reagana 300 metrów od mola Brzeźno rozbijam obóz.


Dzień 13, 13.06.2013, Gdańsk - Wyspa Sobieszewska
Spokojny sen zatem wypoczęty. Po około 2km docieram do ogrodzenia skąd wracam się i wchodzę na ulicę. Poruszając się wzdłuż ulicy docieram do Promu Świnoujście – akurat mam 10 minut na odetchnięcie – przeprawa trwa jakieś 2-3minuty. Przechodzę 4 kilometrową plażę w dzielnicy Stogi po czym wzdłuż Wisły Śmiałej docieram do Portu. Jak się okazuje brak możliwości przedostania się na drugą stronę, obieram długi marsz do Gdańska.
Na jednych ze świateł zagaduję do rowerzysty:
Ja: Jak pieszo stąd dostanę się na Wyspę Sobieszewską?
Rowerzysta: Jest moment, że nawet rowerzyści mają zakaz i tylko samochodem lub autobusem.
Niechętnie wsiadam do autobusu. Kupując bilet, dopytuję kierowcę jak trafić. Wyjaśnia gdzie mam wysiąść i w jaki autobus wsiąść – bezcenne informacje. Na przystanku czekam 20minut po czym wsiadam we wskazany autobus. Z siedzącą obok dziewczyną nawiązuje rozmowę, z której dowiaduję się, gdzie mam wysiąść. Leśnymi dróżkami docieram do plaży a potem do końca Rezerwat Przyrody Mewia Łacha. Stąd brak przejścia więc zawracam i w gęstym lesie, pełnym komarów szybko rozkładam namiot i jeszcze szybciej do niego wskakuję.


Dzień 14, 14.06.2013, Wyspa Sobieszewska – Piaski
Nad ranem słyszę gryzienie jakby myszy. Klepię kilka razy w podłogę – cisza. Wyjątkowy dzień. Planuje dotrzeć do granicy Polsko-Rosyjskiej. Przechodzę przez las, do pokonania mam Przekop Wisły szerokości około 300m, udaję się na prom. „Zamknięte” – w budynku obok przez otwarte drzwi słyszę wydobywające się glosy.
Ja: Dzień dobry, o której prom będzie działał?
Obsługujący: Za tydzień.
Ja: Ile stąd do Krynicy Morskiej?
Obsługujący: Stąd 35km a na około jakieś 65km.
Ja: Dziękuję.

Nieźle – 30km ekstra! Po kilkuset metrach, biegnie w Moim kierunku wielki pies – no  ^$*(^$*#^*  Okazuje się, że jest on miastowy. Zachowuje się jakby był porzucony. Choć go nie wołam to idzie ze Mną strasząc mieszkańców. Koleś chroniący dziecko przed psem, z pretensjami:
Koleś: Niech Pan zabierze psa!
Ja: To nie mój pies.
W końcu pies zmienia trasę.
Już dość tego przeklętego asfaltu – łapię stopa.  Kierowca jedzie w przeciwnym kierunku jednak podwozi około 2km i pokazuje skrót z 15km na 5km.

Za mostem w miejscowości Dworek idąc łapie stopa – skuteczność kiepska, za to trafiam do sklepu w którym zaopatruje się w owoce. Jest w końcu stop – jeden – drugi. Trafiam do miejscowości Jantar – pogoda zapowiada się na deszcz – zatem idę do sklepu gdzie spędzam kilkanaście minut na zakupach a następnie na śniadanie na przystanku PKS. Ustało – w drogę. Od wyjścia na plażę szokujący widok tysiąca chrabąszczy wyrzuconych na plażę.

Za Krynicą Morską wpada do głowy świetny pomysł: po dotarciu do granicy rozbijam namiot w lesie i kimam. Po kilometrach plaży, po tysiącach chrabąszczy docieram do siatki wychodzącej z lasu i wchodzącą 20m w morze. Za płotem tablica informująca o granicy UE. Widzę na wydmie stojący wojskowy samochód – o czekają na Mnie.

Przechodzę wzdłuż siatki na wydmę, patrzę przez chwilę w stronę samochodu. Kilka metrów dalej jestem przy szlabanie, naprzeciwko niego prosta droga. Myślę sobie, że zaraz skręcę w las na nocleg – samochód stanje przy szlabanie także po planie. Noc już zapada, trafiam na tablicę z narysowanymi szlakami –  oby na nocleg. Już noc, stopy obolałe – dwóch napotkanych osób pytam:
Ja: Cześć, da radę rozbić w lesie namiot tak by policja nie zgarnęła?
On: Tak, można. W nocy dziki mogą hałasować.  
Uchodzę 200 metrów i skręcam w las,  rozbijam namiot – ostatni dzień wyprawy!


Dzień x15, 15.06.2013, Piaski – Sochaczew
Tego dnia szczęśliwy leżę w namiocie. Zbieram się później niż przez ostatnie 14 dni. Idąc wzdłuż drogi marzę tylko o prysznicu! Na płocie wisi szyld – „Pole namiotowe, natryski” Ryzyk fizyk – najwyżej odmówią. Z domu wyskakuje pies. Pytam czy mogę skorzystać z prysznica – właściciel gdzieś poszedł ale możesz. Ta cudowna impreza kosztuje 5zł bez ograniczeń czasowych co sprawia jeszcze większą przyjemność :)

Czyściutki i pachnący wychodzę na dwór, na słońcu rozkładam ciuchy. W między czasie nawiązuje się rozmowa po informacji przebytej drogi otrzymuje trzy kanapki. Wyglądają cudownie. Po 14 dniach żołądek jest zaciśnięty co skutkuje brakiem apetytu. W końcu smakuję pierwszą kanapkę – cudowny smak – rozpływający się w ustach.

Zdarzył się cud – para dzisiaj jedzie w stronę Warszawy i mogą Mnie podrzucić – to prawie połowa trasy do domu. Wysiadam, łapię kolejnego stopa. Gdzieś w okolicach Sochaczewa kończy się podwózka. Noc szybko zapada. Miejscowy rowerzysta podpowiada, że dalej jest idealne miejsce na łapanie stopa. Jestem na miejscu – faktycznie lepsze. Samochody jeżdżą coraz rzadziej więc udaję się w pobliskie zarośla na nocleg.


Dzień x16, 16.06.2013, Sochaczew – Lublin – Bełżyce
Czuję, że wracam do życia. Nawet żołądek odczuwa mega ssanie! Łapię TIR’a – po kilku kilometrach – kierowca mruczy pod nosem:
Kierowca: Zapomniałem, że nie mogę nikogo brać. Wiozę chemię i muszę Cie wysadzić
Ja: Spoko. Uprawnienia są ważne.
Wysiadam gdzieś na trasie do Grójca. Zatrzymuje się osobówka:
Kierowca: Wracam z Częstochowy.
Ja: Jedzie Pan z pielgrzymki?”
Kierowca: Tak, osobistej pielgrzymki.
…zaczęło się.

Tak wierzącego człowieka w Boga pierwszy raz spotykam. Każde niewypowiedziane słowo analizuję trzy razy aby w spokoju dojechać jak najdalej. W końcu dojeżdżamy do trasy na Lublin – na stacji benzynowej otrzymuję w prezencie płytę CD oraz dwa medaliki. Na przystanku autobusowym łapie stopa do Lublina pod sam Dworzec PKS, stąd już busem do Bełżyc.



Wnioski:
Lepiej iść od granicy Rosyjskiej. Plaża jest równiejsza i twarda dzięki temu można iść w butach nabijając kilometry przy mniejszym wysiłku.
Przejście przez poligon można załatwić pisząc podanie.
Biorąc mapę wybrzeża (lub Polski) można planować zakupy w miejscowościach.
Lepiej wziąć pieniądze niż żywność ze sobą.
Ubranie przewiewne zakrywające całe ciało, dzięki temu uchroni się przed poparzeniami słonecznymi.
Sandały oraz skarpety, aby uniknąć poparzeń.
Kapelusz osłaniający kark, uniknie się poparzeń twarzy i karku.
Okulary przeciwsłoneczne, uniknie się oślepienia od piasku.
Kategoria: Wyprawy