Harpagan 47 => Bożepole Wielkie

11.04.2014 - 13.04.2014
"Tyle wiemy o sobie na ile nas sprawdzono – to motto, które przyświeca każdej edycji HARPAGANA – Ekstremalnego Rajdu na Orientację" harpagan.pl
 
„Początki rajdu sięgają roku 1989, kiedy to drużynowy 158 Gdańskiej Drużyny Harcerzy Bogdan Jaśkiewicz, zapalony turysta, postanowił zorganizować rajd turystyczny dla drużyny. Trasa pierwszego rajdu wiodła z Sopotu do Skorzewa - należało w ciągu 24 godzin pokonać 100km. W rajdzie wzięło udział pięciu harcerzy.
 
Na początku wypadałoby wyjaśnić skąd wzięła się nazwa marszu. Na Rajdzie Świętokrzyskim, podczas wieczornych rozmów z dziewczynami z Pińczowa o czekającym ich następnym dniu rajdu, Bogdan stwierdził : "40 km, co to jest?", one mu na to : "Ale my nie jesteśmy takie Harpagany jak wy". W ten o to sposób zrodziła się nazwa marszu.”


PRZED HARPAGAN
Szaleństwo! Przebywam trasę ponad 500km, żeby przejść 100km w 24h.

Skrócony opis dojazdu. Wyjazd z Bełżyc o 20:15, wyjazd z Lublina o 21:50. W Warszawie o 01:00 udaję się na nocleg. O 08:45 wyjazd do Gdańska, docieram o 13:30.
Udaję się na zwiedzanie. W okolicach Teatru zagaduje starszy mężczyzna -  broda jak u Bosmana.
Bosman: Co tu robisz?
Ja: Przyjechałem na Harpagan to jest Ekstremalny Rajd na Orientację. Do przejścia jest 100km.
Bosman: W ile dni?
Ja: 24h  
Bosman: Ja pie***lę! ...idę za psem, powodzenia.
Z Gdańska wyjeżdżam o 18:00 a o 19:30 jestem w miejscowości Bożepole Wielkie. Po wyjściu z pociągu, mam maksimum godzinę na znalezienie noclegu, w tym celu udaję się w stronę lasu. W lesie rozkładam namiot, otulony ze wszystkich stron przepięknym śpiewem ptaków zasypiam.


HARPAGAN
Godzina 21:50 idę po nowo poznanych znajomych...a tu wielki zamęt..koleś strzelił focha - TAK KOLEŚ! "Gdzie jest moje coś tam", "Nie mogę znaleźć coś tam" dwoje z nich delikatnie mówiąc jest wkurzonych, druga dziewczyna pomaga szukać! Spoko! Róbcie co chcecie, idę na stadion.

Chwilę przed rozdaniem map staję w kolejce. START! Odbieram swoją mapę, chwila zastanowienia...zaraz, przecież PK1 (Punkt Kontrolny numer 1) jest w lesie, w którym spałem. Rusza machina - 350 osób - jak w transie rusza przed siebie. Numer startowy...

007

Przy sklepie pod wiatą spotykam miejscowych, którzy zapewniali, że pójdą z nami i wszędzie trafią bez problemu – macham ręką na pozdrowienie w odzewie miejscowi machają piwami.

W nocy w lesie jak to w lesie. Ciemno, chłodno, wilgotno, zwierzyna w krzakach straszy.

Już świta. W miejscowości Paraszyno zagaduję do dwóch starszych kolesi. Jeden z nich jest już dziadeczkiem więc miejscami idę dla niego za szybko a ten zaczyna biec...co jest?!
Ja: Biega Pan?
Dziadeczek: Tak. Brałem udział w biegu 140km/24h
Ja: Jak poszło?
Dziadeczek: Przebiegłem w 20:20h
Ja: SZACUN!!!

PK8 umieszczony jest na górze, prowadzą na nią schody. Wchodząc mijamy się z rowerzystami. Jest! PK8 zaliczony, teraz do bazy odbić PK9 - ostatni punkt pierwszej pętli.

Wchodzimy na teren szkoły, odbijamy PK9 i tu życzymy sobie powodzenia. Wchodzę do sali i wyjmuję z plecaka małe piwo:
Sąsiad: Piwo pijesz?
Ja: Tak, na wzmocnienie sił.
Sąsiad: Ja bym padł!
Ja: U Nas na Lubelszczyźnie to normalne :)
Dopijam piwo i w drogę.

Druga pętla (50km) jest po południowej stronie Bożegopola Wielkiego, szybko zerkam na mapę i najłatwiej jest iść wzdłuż głównej drogi. Aby zaoszczędzić czas - biegnę, czując zmęczenie idę za kolesiem, tu nawiązuje się ciekawa rozmowa, zostaję poczęstowany piwem – wypijam dwa łyki.
Będąc już chwile przed PK10 słyszę "szukacie punktu kontrolnego?" zagaduje miejscowy.
Ja: Tak.
Miejscowy: Idzie prosto pod górę.
Zaliczone. Po drodze mijam kilka osób, nadszedł moment, że niby z mapą wszystko się zgadza jednak dziwne przeczucie mówi – lipa! Akurat podchodzę do miejscowych – oni wiedzą:
Ja: Dzień dobry, dobrze idę na Łęczyn Górny?
Młodzi kolesie: My przyjezdni, nie wiemy. (śmiejąc się pod nosem oddalają się)
Starszy Miejscowy alkoholowym bełkotem coś mówi.
Ja: Czyli?
Miejscowy: Kaszubki, bo ja Kaszub jestem.
Ja: No tak!
W końcu z pomieszania bełkotu alkoholowego, kaszubskiego i polskiego. Dowiaduję się, że Górny Łęczyn.
Miejscowy: Jest daleko.
Ja: Dziękuję za pomoc, dowidzenia.

Odnajduję trasę! Z punktu PK14 udaję się do PK15 już jestem w okolicach. Spoglądam na mapę PK15 - zamykamy o 19:30 - jest 19:35! Trudno czas wrócić do bazy, spoglądam na mapę - 20km w linii prostej.  Ostatecznie dzwonię do organizatora, że czas się skończył i jestem w lesie 20km od bazy. Po wymianie trzech rozmów uzgadniamy najłatwiejsze miejsce odbioru - miejscowość Dębina - z daleka i z bliska wygląda na pięć latarni i pięć domów.

Na krzyżówce w środku Dębiny, wystraszam trzy młode pannice, niepewnym krokiem wracają do domu. Zaraz przy krzyżówce kładę się na leżące płotki (antyśniegowe). W moim kierunku zbliża się chłopak z psem, pewnie nasłały go dziewczyny. Okazuje się, że wyszedł z psem. Nawiązuje się ciekawa rozmowa, ledwie się rozgadaliśmy, podjeżdza bus. POWODZENIA!
Rozsiadam się na tylnym siedzeniu przy dwóch gimbo-młodych dziewczynach.
Dziewczyna: Tak właściwie to dlaczego Pana zabieramy?
Ja: Łukasz, młody jeszcze jestem. Czas się skończył.
Buś krąży po wsiach i wioseczkach, na miejsce docieramy o 21:30. Biorąc pod uwagę punkty kontrolne ostatecznie z czasem: 20h 49min 40 s przebywam 76,5km. Czuję się pełen energii z wielkim niedosytem! Za rok kolejna szansa.

Wieczór trwa! Idę do ekipy z którą wyruszyliśmy, wchodzę do sali a tu widzę Beatę, gdzie reszta? Pojechali do Gdańska. Eh, choć na piwo. Wychodzimy z bazy i zaraz przy ogrodzeniu pytam miejscowego o sklep. "tutaj, na końcu", zatem zamiast poginąć do sklepu kilometr, wystarczy przejść przez ulicę. W sklepie panuje klimat "ostatni otwarty sklep" Kupujemy co trzeba i wracamy na sale gimnastyczną na losowanie upominków.

Po sali gimnastycznej ciągle się ktoś przemieszcza, siadamy na końcu sali tuż przy moim legowisku. Karimata pod cztery litery oraz oparcie musi być. Rozmowę przerywamy tylko w momentach gdy czytają wylosowany numer zwycięzcy. Efekty piwa czuję już od pierwszego łyka, organizm czuje się wniebowzięty. Alkohol sprawia rozluźnienie mięśni dzięki temu mniej czuć boleści a rano wstaje się wypoczętym. Na Mnie już czas, Beata wstaje i krążąc pomiędzy legowiskami znika za drzwiami.

Po drugim piwie czuję już totalny szał, co chwila wybudzam się ze snu, czekam z nadzieją na wygranie nagrody. Przez sen słyszę "7". Zaspany, łapię za numer startowy '007' i gonię pod scenę po nagrodę. Pokazuję numer na co słyszę przez głośniki "siedem to numer upominku, teraz losujemy numer uczestnika"

Klimat jest super. Pomimo wielkiego zmęczenia, na uśmiech każdy odpowiada uśmiechem. Tutaj nikt nikogo nie wyśmiewa, spokojnie opowiada się co się wydarzyło na trasie w dopowiedzi usłyszysz "fajnie", "ja zrobiłem tak", "super". Natomiast nigdy nie usłyszysz "to głupie", "nie uda się". W jednym miejscu są setki pasjonatów a to jest naprawdę cudowne uczucie przebywać w takim miejscu. Większość jest zmęczona, mnóstwo osób ledwie chodzi, wszyscy są szczęśliwi.

Usnąłem? Nie! Padłem!

Budzę się, za oknem ciemno, na sali cicho jak makiem zasiał...no prawie...krąży kilka chrapań – zasypiam. Dobiegający dźwięk budzika wyrywa ze snu, za chwilę odzywa się drugi budzik. 'Pewnie jest przed ósmą, chcą zdążyć na wcześniejszy pociąg. Zaraz się zacznie masowe wstawanie i ciężko będzie się dopchać do prysznica.’

Wybieram z plecaka potrzebne rzeczy i mykam pod prysznic. Super, jestem tylko Ja Odkręcam kurem z ciepłą wodą - leci zimna - czekam aż zleci - leci...leci...leci...nadal zimna! Jestem ciepłolubny co oznacza, że wejście pod zimny prysznic jest straszne! Po trzech minutach przyzwyczajam się do zimnej wody. Wracam na salę...cisza! Podłączam telefon do ładowarki, wyświetla się 03:57 – fajnie. Podjadam smakołyki, szeleszczące worki wymuszają powolne ruchy aby dać innym spać. Po dobrym jedzonku zawsze robię się senny także przysypiam.  

Zaczyna się masowe wstawanie. Wyruszam na poszukiwanie czajnika. Znajduję na piętrze - pożyczam. Po chwili zaspakajam kubki smakowe gorącą herbatą.

Odbiorę dyplom i mykam. Na dwóch stolikach leżą setki dyplomów. Przeglądam kupkę na "Z" - brak. Obok stojąca dziewczyna radzi aby przejrzeć inne kupki - "są pomieszane". Pamiątka musi być więc biorę się do roboty! Po setkach przejrzanych nadal brak. Trudno, obędzie się bez certyfikatu. Dobiegająca kłótnia wzbudza zaciekawienie. Koleś żąda od wolontariuszki (pomoc przy organizacji) aby jego dyplom zrobiono natychmiast. Normalnie takich kanalii unikam jednak tym razem jest na rękę. Wolontariusza obudzili wolontariusza (2h przed budzikiem) - zaspany siedzi i drukuje brakujące dyplomy. Mam i swój :) Obchodząc się z nim jak z dzieckiem, okładam ulotkami i umieszczam w plecaku w kieszeni na plecach.

Biorąc współczynnik opóźnienia wynikający na bolące stopy wyruszam na pociąg. Na przystanku w grupce żartujemy i wspominamy rajd. Koleś opowiada: "wyczerpany, biegnę na metę ile sił, ludzie kibicują - dasz radę - dałem. Poszedłem zdać czipa (do weryfikacji PK - punktów kontrolnych), wyskoczyło HARPAGAN - na co obsługujący - 1:41min po czasie - ktoś za późno zdjął czytnik czipa).” Czyli zasady są przestrzegane. Zszokowani odkręcamy głowy w prawo –  grupa około 200 wolontariuszy idzie na pociąg. Podjeżdżający pociąg buduje napięcie, będę siedzieć czy stać. Zaraz po wejściu do wagonu szybkim krokiem ruszam...rzucam plecak na półkę i cieszę się siedziskiem.  


PO HARPAGANIE
W Gdańsku okazuje się, że bilet powrotny mam na poniedziałkowy wieczór. Kupić nowy to zbędny wydatek a w Gdańsku jest fajnie. Wiem, że w pobliżu jest Schronisko Młodzieżowe aby bezproblemowo trafić udaję się do Informacji Turystycznej gdzie otrzymuję mapkę z zaznaczonymi punktami "tu jesteśmy a tu jest schronisko" Po zaakupach udaję się do Schroniska. Idąc z dużym plecakiem i mapką w rękach wzbudzam zainteresowanie trzech podpitych kolesi wchodzących do hotelu. Jeden z nich gwarą alkoholową...
Koleś 1: Znam cały Gdańsk.
Ja: Tak, to gdzie jest ulica Wałowa 21, jest tam Schronisko Młodzieżowe.
Koleś 1: Prosto, potem w lewo.
Koleś 2: Tutaj na światłach skręć w prawo.

Schronisko jest przede wszystkim dachem nad głową zatem biorę najtańszy wieloosobowy pokój (30zł). W pokoju super warunki, kładę się na chwilę aby wypocząć i ruszyć w miasto. Wchodzą do pokoju dwie kobiety.
Kobieta: Co Pan tu robi?
Ja: Śpię.
Kobieta: To pokój damski.
Ja: Kobieta w recepcji Mnie tu skierowała.
Zaskoczone coś szepczą, po czym wychodzą, a po minucie wracają.
Kobieta: Pani na recepcji się pomyliła, oto klucz do właściwego pokoju.
Ja: Spoko.
Wchodzę do pokoju - 4 łóżka - czyli dużo wyższy standard niż zapłacone. W zasadzie jest to bez różnicy bo kładę plecak i  kontynuuję drzemkę.

Po drzemce wyglądam za okno, coś szarawo, na telefonie widnieje 04:30 - no to po mieście! Aby uniknąć bezproduktywnego leżenia zbieram żarcie i udaję się do kuchni turystycznej na długie śniadanie. Przy śniadaniu analizuję mapę, planując całodniową wycieczkę. Wymeldowując się zostawiam plecak na przechowanie, koszt usługi zaledwie 1,23zł/doba.

Wycieczkę czas zacząć. Przemierzam Gdańskie ulice i uliczki i po dwóch godzinach docieram na plażę. Przypomina się oferta pracy: "Słońce, piasek, woda, praca przy betoniarce" Kilka metrów od morza kładę się na piasku delektując się dźwiękiem szumiących fal.

image002

Plan wycieczki prosty jak budowa cepa: plażą do Gdyni i z powrotem. Wieje chłodny wiaterek, na plaży kilka osób, czyli idealne warunki. Atrakcją na tej trasie jest śmierdząca plaża w Sopocie oraz darmowe wejście na molo Sopockie. Po obejściu mola ruszam na Gdynię - atrakcją są wysokie klify z tabliczkami ostrzegawczymi o zagrożeniu życia. W Gdyni obchodzę port i wracam. W Gdańsku jestem po 17:00 więc, żeby na 100% zdążyć na autobus korzystam z tramwaju.

Zabieram plecak, dokonuję opłaty na całe 1,23zł. W autobus i do Warszawy. Stosuję komfortowy trik: zajmuję siedzenia na końcu autobusu, które służą za łóżko. W Warszawie o 01:00 na noclegu zaskakuje smaczne jedzonko.

image004

Autobus do Lublina odjeżdża o 07:15. W Lublinie w busa i po 30minutach jestem w Bełżycach. Koniec wypadu.


Podsumowując:
"Co wyróżnia tę imprezę spośród innych? HARPAGAN to nie zawody – nie ma tu zwycięzców i nie ma przegranych. Jednak ci, którym udaje się pokonać całą trasę w limicie czasu, cieszą się szacunkiem w środowiskach turystycznych i survivalowych. I ten szacunek oraz świadomość pokonania własnych ograniczeń są dla nich najwyższą nagrodą. Otarcia, pęcherze, obolałe mięśnie, przemoczone ubrania, brak snu, całodobowa wędrówka, zaczynająca się w nocy, kulejący i opierający się jeden na drugim zawodnicy. O tym nie opowiedzą ani słowa, ani zdjęcia. Trzeba przynajmniej raz w życiu przeżyć to samemu." wp.pl
Kategoria: Rajdy