Cesta hrdinov SNP => Słowacja 900km

04.05.2014 - 01.06.2014
03-04.05.2014
Trzeci maj – termin wyjazdu i zjazdu rodzinnego. Wyprawa jest ponad wszystko. Autobus z Lublina odjeżdża o 14:00 także dla pewności wychodzę na przystanek w Bełżycach na 12:10. Busy dzisiaj jeżdżą baaardzo rzadko. Podjeżdża jeden bus, drugi, trzeci, wszystkie w przeciwnym kierunku. Jest już 12:40 – czekam ostatnie 5 minut i wracam do domu licząc na podwózkę. Opłaca  się poczekać. JEST bus, mocno wyładowany także chwila wątpliwości czy Mnie zabierze! Fartem – TAK! 

Lublin-Warszawa-Bratysława. Podróż od 11:50 do 04:50 – mija bardzo dobrze, nawet jestem wyspany. Wychodzę z autobusu, wrzucam plecak na plecy i bez ociągania ruszam w drogę. Kieruję się na rzekę Dunaj – idąc wzdłuż rzeki, bardzo łatwo trafię na początek szlaku. Wieje jak diabli, robiąc zdjęcia zapieram się na nogach aby ustać w miejscu – bardzo często następuje chwilowy mocny powiew, który cofa o pół metra. Wniosek: jeżeli, paskudnie wieje w Bratysławie na niskiej wysokości to co dopiero w górach! Ta myśl tkwi w głowie przez trzy godziny od wyjścia z Dworca Autobusowego do początku szlaku – mówię sam do siebie – w końcu, po coś tu przyjechałem, skoro postanowiłem przejść szlak to przejdę – bez względu na pogodę i czas trwania!!! 

Cesta hrdinov SNP (Szlak Narodowych Partyzantów Słowackich)
 
image001

Hrad Devin Bratysława – Dukliansky Priesmyk => 750km

image002

Bardzo dobre oznaczenie szlaku sprawia, że idzie się świetnie. Jedynie przed pomnikiem Slavin pojawia się dodatkowy czerwony szlak, jest to jedyne miejsce, w którym szukam właściwego szlaku. Lekko zniecierpliwiony stosuję sprawdzony i skuteczny trik – wracam do miejsca gdzie ostatni raz widziane było prawidłowe oznaczenie. Okazuje się, że szlak jest namalowany o słupek za daleko, przez co przegapiłem skręt. Krótko mówiąc – jest dobrze! 

Jest niedziela, w górach mnóstwo ludzi: miastowi, sportowcy, tekkingowcy. Szlak świetnie oznakowany, co źródełko to zrobione jest zadaszenie z napisem Studnicka + nazwa – ciekawe czy do końca jest podobnie? 

Zbliżam się do Tri Kamenné Kopce (570m n.p.m.)– spodziewam się trzech skalnych wierzchołów ewentualnie trzech ogromnych kamieni a ledwie co dostrzegam trzy 50 centymetrowe betonowe piramidy. Słowacy mają poczucie humoru.

Słonko chyli się do snu. Czas znaleźć ustronną miejscówkę… Robi się już szarawo zatem skręcam na prawo w świetnie zapowiadającą się miejscówkę pod namiot. Niespodzianka 20m dalej słyszę nagły szelest i chrumkanie…dzik! No pięknie! W Polsce mówi się, że dziki są głupie i nigdy niewiadomo co im strzeli do głowy.  Wracam i po 20m skręcam w lewo, za gąszczem znajduję polanę z idealną miejscówką! Pod drzewem rozkładam namiot, wrzucam sprzęt, po wejściu do namiotu od razu wchodzę w śpiwór. Ze względu na pierwszą noc i zagadkowość pogody śpię w ubraniu. Biorąc pod uwagę 17 godzinną podróż, dzisiaj przeszedłem 15km do szlaku oraz 38km szlakiem – fajny wynik.


05.05.2014
Budzę się, słyszę śpiew ptaków. Mimo słyszalnych powiewów wiatru namiot stoi spokojnie. Leżę kilka dłuższych chwil aż promienie słoneczne oświetlą namiot. Dobra, czas się zbierać. Na szlaku ostatni raz spoglądam na Bratysławę.
 
image003

Taricove Skaly (620 m n.p.m.)
 
image004

Słowacki sposób na przejście przez ogrodzenie...
 
image005

Na górze Vápenná (752m n.p.m.)
 
image006

Unikam noclegów na obszarach chronionych, zatem stojąc Pod Ostrým Kameňom (350m n.p.m.) planuję nocleg albo przed rezerwatem Záruby (767m n.p.m.) albo za. Aby dotrzeć „za” potrzebuję 2:25h oraz dużo energii na pokonanie dość stromego podejścia – wybieram ten wariant. Za Ostrý Kameň (zamek) (576m n.p.m.) zaczynają się skały, drobna pomyłka i upadek z kilkudziesięciu metrów. 
 
image007

Warto zdobywać szczyty…

image008
 
Idę ile sił i jak najszybciej, w końcu tabliczka informująca o końcu rezerwatu. Po kilkaset metrów na Havranica (737m n.p.m.) wśród skał rozbijam namiot. Zasypiam w sekundę.


06.05.2014
Noc spokojna zatem wstaję wyspany. Widoki cieszą oko.
 
image009

Schodząc odczuwam ucisk u lewej nogi – pewnie pryszcz! Przy leśnej drodze odłamuję kawałek pnącza róży. Zaraz po wyjściu na asfaltówkę udaję się na Zastávkę (przystanek autobusowy). Po zdjęciu buta okazuje się, że na dwóch palcach mam dwa pryszcze – kolcem pnącza przekuwam w kilku miejscach i wyciskam ropę. Zakładam buta i w drogę – boli – z praktyki wiem, że za kilkanaście minut przestanie. 

W Raková przy jezdni znajduję rozjeżdżony telefon – jedynie karta microSD wygląda na całą, resztę wyrzucam. Fajna pamiątka. Zmierzam do Dobrá Voda – biorąc pod uwagę nazwę miejscowości spodziewam się uzdrowisk, pijalni wód, wszystkiego oprócz tego co widzę… Przy szlaku płyną potoki a 5-10m nad nimi stoją kible – od samego patrzenia odrzuca! Nigdy pić wody, ze strumienia poniżej jakiegokolwiek zabudowania!!!

Po raz kolejny widzę stojący 20-30m świerk, od góry przybrany w kolorowe wstążki.
 
image010
 
image011

„Miesiąc maj zwyczajowo określa się jako miesiąc miłości. W tym okresie największe znaczenie miało drzewko określane jako „maj” (maik). Był to zazwyczaj świerk odarty z kory, na którym młodzieńcy wiązali kolorowe wstążki. Na pierwszego maja do dziś stawia się maiki -zazwyczaj pośrodku wsi lub miasta. W przeszłości stawiali je młodzieńcy tej dziewczynie, która im się podobała, bywało jednak, że chłopcy razem stawiali honorowo maik u każdej dziewczyny we wsi”

Dzisiaj nocleguję na szczycie łąki z wspaniałymi widokami - Polianka.


07.05.2014
Wyruszam o 07:45, przechodząc przez Poliankę mijam ludzi stojących na przystanku. Gapią się, wzbudzam zainteresowanie – pewnie mało kto chodzi z dużym plecakiem, w pomarańczowym polarze i spodniach moro pustynnych.

Słowacy są bardzo kreatywni – potrafią zrobić zachwycające coś z niczego. Stój koniku…stój.
 
image012

Wchodzę na Vel’ká Javorina (970m n.p.m.) – silny wiatr zwiastuje pogorszenie pogody – kicha bo jest to dopiero 144km. Schodząc z Javoriny spotykam troje plecakowców (osoba kochająca góry, chodzi z dużym plecakiem nosząc ze sobą cały sprzęt). Kobieta coś do Mnie mówi – odpowiadam – ‘Polak jestem’ Dociera pozostała dwójka, nawiązuję się rozmowa o górach. Idziemy tym samym szlakiem oni kawałek, Ja całość. Jak na kilku minutową „znajomość” życzymy sobie powodzenia jak starzy dobrzy znajomi – przybijamy ręce i idziemy w swoje strony. 

Studnicka – przy wielu stoją kubki.
 
image013

Owieczki w górach zaskakują, rzadko je spotykam.
 
image014

Na drodze mijam jadący traktor – macham ręką na przywitanie – traktorzysta zatrzymuje się.
Traktorzysta: Kde idziesz?
Ja: Mikulčin Vrch
Traktorzysta:  Wsiadaj.
Ja: Idę piechotą, Szlak Narodowych Partyzantów. Potem do granicy Ukraińskiej. 
Traktorzysta: Ooo…daleko. (Zaskoczenie. Machnął ręką, żeby prosto iść i odjechał.)

W planach nocleg w Mikulčin Vrch (690m n.p.m.) Jestem w lesie 2h przed celem. Czuję jakby pokrapywanie, spoglądam w korony drzew…tak pokrapuje. Możliwe, że to zwykłe pociapywanie – z każdym krokiem pokrapuje coraz intensywniej. Zatem iść w deszczu do Mikulčin’a i ryzykować nocleg będąc przemoczonym czy rozbijać namiot tu? Szybka decyzja! Rozbijam namiot – dosłownie minutę po wejściu do namiotu szaleje burza. Po raz kolejny sprawdza się zasada: Planowanie rozkładu dnia w górach jest stratą czasu – góry żyją swoim życiem. Jeszcze wcześnie i widno, zatem sporo czasu na wynajdowanie na mapie potencjalnych noclegów na przyszłe dni. Po przejrzeniu wszystkiego zasypiam. Pobudka! Szaleje burza, w namiocie potop! Zapalam czołówkę, ratuję co zostało suche a co mokre zostawiam. Postanawiam się wyspać, także ponownie tulę się w śpiworze i zasypiam.


08.05.2014
Najgorszy poranek wyprawy. W namiocie woda. Większość sprzętu mokra. Przygoda to przygoda. Wyjmuję wszystko z namiotu i układam na karimacie. Na podłodze namiotu zgromadziło się ze 2 litry wody – szkoda by się zmarnowała – piorę skarpety – tyle pożytku. Podnoszę namiot aby wylewając wodę. Cały mokry waży dużo więcej. W rekompensacie za przemoczenie sprzętu obiecuje sobie ugotować wieczorem zupę survivalową. 
 
image015

Słowacja jest piękna...
 
image016

Zaskakują miejsca którędy poprowadzone są szlaki.

Przez pole...

image017

Przez środek łąki...
 
image018

Szlakowa Focia…
 
image019

Zapadła noc. Idę przez las rozglądam się za w miarę płaskim miejscem jednak wszędzie spadziście w końcu z pomocą mapy odnajduję prawie idealnie płaskie 3m2 – w sam raz. W rozłożonym namiocie sadzam 4 litery, w zasięgu rąk rozpalam mini ognisko. Gotuję zupę survivalowo-witaminową. Skład: woda, pokrzywy, liście mniszka lekarskiego, liście buku. Gdyby dosypać soli to zielsko byłoby smaczne. Zszokowany smakiem wypijam zieloną zupę, zjadam pokrzywy i mniszek, liście buku wyrzucam. Pierwszy ciepły posiłek od początku wyprawy, jednak najbardziej jestem zadowolony z ogniska.


09.05.2014
Do dzisiaj spożywane posiłki:
10:00-12:00 16:00-18:00
Baton Baton
Baton Konserwa 95g
Konserwa 95g Baton
Baton Baton
Konserwa 95g Konserwa 95g
Baton  

Artykuły o odżywianiu podają: zdrowy człowiek potrzebuje dziennie 2000kcal, sportowiec dużo więcej. Spożywam 500kcal/dziennie, czuję się wyśmienicie i co ciekawe brak uczucia głodu. 

Unikatowość ostrzeżenia zasługuje na zdjęcie.
 
image020

Koniec zapasów, w Zliechov zagaduję do dwóch ledwo idących dżentelmenów:
Ja: Dobri dzien, je tu Potrawiny?
Dżentelmen: Kde idziesz?
Ja: Szlak Narodowych Partyzantów
Dżentelmen: Tu, chodź (macha rękoma) 

Coś jeszcze bełkoczą ale wracam, napotykam kobietę w ogródku:
Ja: Dobri dien, je tu Potrawiny?
Kobieta: Je, w dół, napis.

200m dalej zaopatruję się w cukier oraz piwo. Przed wyjazdem o Słowackich cenach znałem trzy wersje: jest taniej, ceny są porównywalne, ceny są ciut wyższe. Rzeczywistość szarpie po kieszeni. Ponad 100% drożej – SZOK! 

Wychodzę ze sklepu, siadam na schodach – podchodzi ala-menelik – pewnie zaraz będzie kierowniku masz drobne? Zagaduje co tu robię, gdzie idę. Odpowiadam, że idę SNP z Bratyslavy 750km na co temu omal oczy z orbit wyskoczyły. Idę na Vápeč (955 m n.p.m.) 
 
image021

Fajnie toczy się rozmowa. Klepie się w uda – „trzeba mieć w nogach”. Podchodzi drugi ala-menelik, pierwszy opowiada o Mnie. Obaj wspierają i z zainteresowaniem słuchają przez, które miejsca szedłem i przez, które będę szedł. Dopite piwo, odnoszę butelkę –  ďakujem, żegnam się z ala-menelikami. Szczyt Vápeč jest piękny, skała porośnięta trawą. 
 
image022

Widoki przepiękne...

image023

Podobnie jak przed rezerwatem Záruby tak i teraz zastanawiam się czy iść na Strážov. Tym razem zostaję na dole, tuż przy granicy rezerwatu za drzewami na wielkiej polanie zakładam obóz.  


10.05.2014
Zajadam cukier, popijam wodą i ruszam na szlak. Podejście jest dość strome, w końcu zdobywam szczyt. Widoki z Strážov ładne jednak przy lepszej pogodzie byłyby cudowne.
 
image024

W Čičmany napotykam mnóstwo niedzielnych turystów. Wieś wygląda jakby cywilizacja minęła to miejsce szerokim łukiem, budynki zachwycają pięknem.
 
image025

Tablice z mapami 3D pokazują regionalne ciekawostki, bardzo fajny pomysł.
 
image026

Nocleg wypada na stromym zboczu Hadviga (670m n.p.m.) już w ciemnościach rozkładam namiot. Wejście ustawiam na wschód aby rano obserwować wschód słońca.


11.05.2014
Wyglądam z namiotu aby sprawdzić pogodę. Jakieś dziwne chmury ogarnęły niebo – albo straszą – albo zapowiadają paskudną zlewę. Mimo to postanawiam ruszyć. Zaraz po wrzuceniu plecaka na plecy zaczyna pokrapywać – masz Ci los! Może przejdzie…nic z tego pokrapuje coraz bardziej i bardziej w końcu zlewa. Buty przemoknięte, spodnie suche aby na tyłku, bluza sucha na plecach i z przodu. Jeszcze to! Szlak wychodzi  z lasu na dużą polanę przez którą do przejścia mam 2km a deszcz coraz bardziej zacina – dość! Chowam się pod drzewem i przeczekuję deszcz. 

Po 1km zaciekawiają stojące opuszczone budynki gospodarcze . Zwiedzanie okazuje się strzałem w dziesiątkę bo akurat naszła fala deszczu – pod dachem mam idealne schronienie.  Przestało, w drogę. Znowu polana, znowu zlewa. Przemoknięty i zmarznięty mam już dość. 

Idę i idę i idę aż napotykam po lewej budynek ala-bar. Z czystej ciekawości sprawdzam czy otwarty – ano otwarty przedsionek. Przestrzeń 2x2,5m. Wśród drzew widzę domek wiec może fuksem otwarty także warunki będą lepsze…zamknięty. Na poręczy tarasu stoi słoik z zawartością – biorę, tuż obok pod wiatą na stole stoi pełna butelka – wącham, smakuję dla pewności – WINO. Wracam do ala-baru, rozkładam się, co mokre wieszam, zjadam marynowane papryczki z cebulą i zapijam winem. Dzisiaj przeszedłem zaledwie kilka kilometrów. Kilka łyków wina sprawia, że od razu zasypiam.


12.05.2014
W nocy trochę zawiewało, zdecydowanie lepsza ta miejscówka niż namiot. 
 
image027

Będąc w śpiworze siadam, ogarniam wzrokiem sprzęt – wszystko jak było mokre tak jest dalej. Od nocnego zawiewania podmókł śpiwór ale i tak trzyma ciepło – w końcu specjalnie kupiłem syntetyczny. Klękam i przez okno zerkam co się dzieje na dworze – a dzieje się w miarę dobrze: mgła i brak deszczu. Zapowiada się dzień na zdobywanie kilometrów. Od samego patrzenia na mokre spodnie i buty chodzą ciarki po plecach. Wyjść z cieplutkiego śpiwora i założyć mokre rzeczy wrr…!!! Organizm straci dużo ciepła. Pakuję plecak a na samym końcu ubieram się i szybko ruszam. Chlup…chlup…chlup…idę…zimno….spodnie przywarły do ciała – paskudnie mało komfortowo! Po kilkuset metrach wszystko się zagrzało, idzie się o wiele lepiej. Droga po nocnych ulewach przeistoczyła się w błoto. Są przelotne opady, na szczęście w tym czasie idę lasami. 

Przed Guľatý Vrch wisi tablica…
 
image028

W każdym razie szlak idzie w drugą stronę. Tuż przed Kunešov, słyszę wielki huk – prawdopodobnie za tablicą detonują ładunki wybuchowe. 

Znowu wielka polana, znowu zlewa, znowu przemoczony. Przemoknięty docieram do Kunešov – akurat trafiam na Zastávkę – na ławkach rozkładam część sprzętu do suszenia. Przed Zastávką wbijam kijki trekkingowe a nanich wieszam poncho! 
 
image029

Stojąc w słońcu trzymam w rękach mokre mapy – przejeżdżający ludzie dziwnie spoglądają. Podeschło wszystko…zatem w drogę. Pogoda zmienna jak kobieta cały dzień na zmianę słonko i deszcz. Mimo to kilometry nabijam. 

Zbliża się noc a tu wszędzie stromo, na mapie najbliższe miejsce noclegowe jest za 2:40h – idę jak najszybciej, w końcu docieram na miejsce. Na mapie wygląda lepiej ale co tam…w gąszczu znajduję w miarę płasko-pochyły teren i rozbijam namiot. Jest ciasno na tyle, że gałęzie suchego świerka są w odległości 10cm od namiotu, dlatego dla pewności łamię wszystkie. Z powodu pochyłości trudno zasnąć także kulę się co zapobiega zsuwaniu się podczas snu.


13.05.2014
Pomimo dziwnego położenia budzę się wyspany. Pakowanie. Żabo! Gapisz się, chcesz w nosa…
 
image030

Śniadanie mistrzów => cukier. Oznaczenia zachwycają kunsztem wykonania.
 
image031

Cudne widoki...
 
image032

Znajduję się w Národný Park Veľká Fatra zatem biwakowanie zakazane. Na Kráľova Studna (1365 m n.p.m.) zaczyna mocno wiać. Ryzykuję, idę… Tuż przed Krížna zawiewa zimnym deszczem…po chwili zawiewa gradem wielkości ziaren ryżu. Tuż przed szczytem skręca czerwony szlak, coś tchnęło i postanawiam dotrzeć do szlako wskazu – TAK – tu się łączą dwa czerwone szlaki. Dobre przeczucie, mój szlak idzie w przeciwnym kierunku. Zejście z góry wiedzie wąską ścieżeczką a w połączeniu z leżącym gradem jest bardzo ślisko. 

U podnóża góry znajduje się wydzielony obszar na biwakowanie, przy tak złych warunkach jest bezsensowne rozbijanie namiotu. W lesie przestaje wiać zatem idzie się o tyle dobrze, że przechodzę VF. Na nocleg udaję się na polanę przed Motyčská Hoľa. Za drzewami rozbijam namiot i w miarę suchy zasypiam.


14.05.2014
Śpiew ptaków, po chwili fala deszczu, potem spadające krople z drzew. Dzień zapowiada się mokro. Mijam polanę, potem Motyčská Hoľa (1292 metry n.p.m.) i wreszcie docieram na Zvolen (1403 metry n.p.m.) stąd już ostatnia obłocona prosta do Donovaly. Wiatr, mgła, deszcz – najgorszy dzień do tej pory. Mam nadzieje, że się wypogodzi, zaplanowana trasa na dzisiaj 14h. 
 
image033

Na samym początku Donovaly – pytam starszego kolesia o sklep:
Ja: Je tu Potrawiny? (chwile się waha jakby miał odpowiedzieć „Ne”
Koleś: 200m prosto i w lewo, za kościołem.

W Mini Market zaopatruję się w najpotrzebniejsze artykuły: chleb i pasztet. Zaraz przy sklepie wcinam pół chleba z pasztetem, resztę zostawiam na jutro. 

Podchodzi koleś i zagaduje po angielsku – z całym szacunkiem jakim darzę obcokrajowców, odpowiadam – ‘only polish’. Zawzięty! Zaczynamy rozmawiać słowacko-angielskim bełkotem. Skąd jesteś? Co tu robisz? itd. Okazuje się, że idziemy tym samym szlakiem. Obcokrajowiec pokazując na migi pyta się czy możemy iść razem – ‘yes’ (chamstwem jest powiedzieć, spadaj idę solo). Pierwsze kilometry mijają na odnajdywaniu wspólnego języka. Niższe partie mijają dość szybko. Na Kozí Chrbát (1330m n.p.m) jest paskudny wiatr – poncho szaleje jak wściekłe. 

Na Hiadeľské Sedlo (1099m n.p.m) – pogoda się pogarsza, gwiżdże jak diabli. Obcokrajowiec na widok  Útulň’y – „pauza” – ‘ok’. Na poddaszu obczajam miejsce na nocleg – zadaszenie, sucho, brak wiatru. Schodzę, na mapie wskazuję Kozí Chrbát – tam 1330 – macham rękoma wydając dźwięki - szu, szu, szu – no gut! Tu…wskazuję na Veľká Chochuľa (1753 m n.p.m.) – no gut! Składam ręce oznajmująco, że tu nocuję. Zaskoczony obcokrajowiec, w tablecie pokazuje jaka jest przed nami chata. Fakt chata jest zdecydowanie lepsza, jednak pogoda rozdaje karty! Zostajemy! Kilka minut później pogada pogarsza się dwukrotnie. Zbieramy drewno, gotujemy herbatę, suszymy buty.
 
image034

Na poddaszu rozkładam namiot obok Charli rozkłada swój. 
 
image035

Wieje jak diabli, poddasze rusza się jakby miało odlecieć w każdej chwili. Kicha na całego!


15.05.2014
W nocy z każdym podmuchem przywołuję w pamięci wpisy znajdujące się na Útulň’ie – najstarszy z 2011. Skoro wytrzymała 3 lata to wytrzyma tą jedną noc. O poranku wychylam głowę ze śpiwora, widzę zaglądającą widność, nadal  słychać straszny wiatr! 

Charli zszedł a po dźwięku łamanych patyków wnioskuję, że rozpala ogień. Czas i na Mnie, wyślizguję się ze śpiwora, narzucam kurtkę. 

Pogoda lepsza: jasno, delikatny wiaterek, słonko jakby miało wyjść. Wypijam trzy herbaty, zagryzając kawałkiem chleba. Wychodzimy w góry. Trasa początkowo wiedzie lasem także idzie się super. Za lasem wchodzimy w wysoką kosodrzewinę: zaczyna wiać, za nami nawiewa mgła. 

Już przed Malá Chochul'a (1719m n.p.m.) - zaczynają się trudności, mocny wiatr, śnieg, deszcz, mgła. Wydaje się, że minęliśmy największy wiatr…no właśie…wydaje się – przed Veľká Chochuľa – panuje PIEKŁO NA ZIEMI !!! 
Miejscami śnieg sięga kolan, zawiewa mroźny deszcz, co chwila mocne podmuchy sprawiają, że kucamy i mocno zapieramy się kijami trekkingowymi.

Mam na sobie pałatkę – targa nią jak szmatą na wietrze – już dawno zapomniałem, że ma chronić przed deszczem. Znowu zawiało, kucam w śniegu opieram się ile sił, pałatka łopocze – znowu zawiało, zrzuca pałatkę oraz pokrowiec plecaka – jest tak jakbym miał rozłożony spadochron na wietrze – samobójstwo!

Szybko zwijam pałatkę i pokrowiec – uff zdążyłem. Jedna myśl siedzi w głowie – aby do zielonego szlaku. Po chwili widzę na skale namalowany czerwony szlak, obok zielony! Charlie dochodzi do szczytu, po kilku sekundach, stoję obok niego.
Ja: Green. No gut.
Charlie: Green.

Trzy mocne podmuchy i schodzimy. Wieje jak cholera! Śnieg od kilku centymetrów po kolana – aby w dół – strome zejście, wiatr w plecy – co raz ześlizguję się. Czuję śnieg wchodzący w buta – ochraniacz się rozwiązał, kij z tym aby w dół. Pokazuje się kosodrzewina, nadzieja na spokój – nic, wieje równie mocno. Woda z gałęzi przemacza ostatek suchych ubrań, jeszcze kilka minut i będziemy w chacie. W końcu widzę dach chaty, ostatnie 100m. Z niepewnością podchodzimy do drzwi – OTWARTA. Zrzucam plecak, poncho, pokrowiec i kijek rzucam obok plecaka. Od razu do pieca. 

Ja: Charli fajer. 
Podaje zapalniczkę, ogarniam piec. Charli w tym czasie łamie patyki na kawałki. Ze stołu biorę gazetę, wyrywam kartkę i rozpalam – załapało. Charliego nożem strugam grubsze patyki na wióry, w ten sposób uzyskuję większy płomień. Z drugiego pomieszczenia przynoszę coraz grubsze drewno pocięte przez Charliego. Po kilku minutach piec promienieje ciepłem – sytuacja opanowana. Piec ma 1,5m wysokości, suszymy się stojąc po dwóch stronach.
 
image036

Przygoda z górami zakończona ok. 14:00. Podsuszeni z lepszymi humorami – wspominamy wydarzenia z góry. Co robimy? Suszymy sprzęt, rozmawiamy, pichcimy, oglądamy zdjęcia, tniemy drewno. Czas w chacie bardzo fajnie mija. W izbie stoi butelka po alkoholu z owocami w środku – trzy minuty później stukamy się nimi NA ZDROWIE. 

Zagrzany nakładam kurtkę, wychodzę zbierać drewno, jesteśmy w lesie także w przeciągu 15minut drewna jest na cały dzień. Pakuję w worek puste butelki i udaję się do potoku po wodę. Wracając dostrzegam przed chatą rosnące rośliny przypominające szczaw – próbuję – tak szczaw – będzie zupa. Zanoszę wodę do chaty i wracam po szczaw. W chacie zapachy – Charlie coś pichci… Daję do spróbowania liść – „dobre, co to?” ‘Szczaw na zupę’ Przepis: woda, szczaw, liście czosnku, cebula. Brakuje soli, Charli wyjmuje  zupę grochową w proszku – „salz” – spoko. Zupa smakuje dużo lepiej. Wraz z grzankami natartymi czosnkiem i liściem czosnku na wierzchu – smak przenosi w stan błogości. PYCHA.

Charlie na mapie pokazuje, obejście wysokich szczytów – spoglądam z niesmakiem. Na marszrucie widnieje 370km czyli jestem już za połową – żal! Postanawiam jutro iść po zapasy do sklepu.
Ja: Green, shop. (jadę palcem po mapie)
Ja: Tu 2-3 day.
Charli: Pozor, mountain. (z mowy Słowacko-Angielsko-Francuskiej oraz migów – domyślam się, że mówi: „w górach w pojedynkę jest niebezpiecznie”)
Ja: Uśmiechając się wzruszam ramionami.


16.05.2014
Tradycyjnie budzę się przed śpiewem ptaków czyli bardzo wcześnie. Jedno jest pewne dzisiaj dzień idzie na straty, przerwa pogodowa. Leżę w łóżku aż w chacie jest zupełnie jasno co w środku lasu oznacza późną godzinę – a która? Ciort wie! – telefon wyłączony. Po dość długim leżakowaniu ubieram się, stawiam wodę na herbatę po czym z piłą udaję się na zbieraninę drewna. W  nocy wiatr przewrócił drzewo zaledwie 100m od chaty co cieszy bo pracochłonność jest niska. Ścinam pół korony drzewa – Charlie odcięte kawałki znosi do chaty. Breakfast Charliego i moja herbata – herbata wyszła blada więc do kubka wrzucam kilkanaście liści szczawiu – po krótkim czasie zajadam pyszną zupę. 

Chata jest to i kibel musi gdzieś być, stojąc przed chatą rozglądam się, oddalam się od chaty kilkadziesiąt metrów…brak efektów! Przecież musi być kibel…byle jaki ale musi być. Faktycznie jest byle jaki.
 
image037

Charlie poszedł po wodę, w tym czasie zrywam i przygotowuję szczaw na zupę. Długie oczekiwanie wykorzystuję na telefon do Polski.

Jest kilka minut po 13:00. Idę do Shop’a, spisuję listę i w drogę. Do sklepu docieram po 3h, do sprzedawczyni po Polsku mówię ‘chleb’ – ta się patrzy. Podchodzi do niej koleś (możliwe, że właściciel) i zagaduje po angielsku, ja dalej po Polsku. W efekcie zakupy wyglądają śmiesznie: ja po Polsku, koleś po angielsku a jak się domyśli co potrzebuję to tłumaczy kobicie na Słowacki. Większość kupiona, chleb kupuję w drugim sklepie. Powrotna droga trwa 4h także w chacie jestem o 20:23. Pierwszy raz w życiu wyprawa do sklepu trwała 7h! W chacie czeka zupa szczawiowa. Charli nastawia ryż do gotowania. Kolacja: ryż, liście pokrzywy, surowe jajko – wymieszać wszystko. Pierwszy raz jem taki wynalazek, dla poprawy smaku dodaję cukru i jest super. 


17.05.2014
Wyczuwam w śpiewie ptaków radość, czyżby pogoda się poprawiła. Odkręcam się twarzą do okna, otwieram oczy i oto ukazują się promienie radości – słonko świeci, nie kapie z dachu, drzewa stoją spokojnie w swym naturalnym pięknie – tak, pogoda się poprawiła. Ubieram się w minutę i wychodzę z chaty by doświadczyć tego cudownego przeistoczenia zmienności natury.
 
image038

Wracam, Charlie rozpala w piecu  - miło patrzeć na ogień rozpalony w 5minut. Charlie wstał dołożył do pieca, postawił garnek z wodą na herbatę. 
Charlie: Breakfest (wymienia składniki).
Ja: Gut.
Wypiwszy herbatę stawia garnek na piecu. Powstałą papką smarujemy grzanki i delektujemy się wykwintnym smakiem. 
Ja: First, gut. (wskazuję na papkę, pokazując kciuk do góry)

Po śniadaniu ogarniam mapy, zliczam czasy, wyglądam za okno – Charlie mota się po chacie. Zbieram puste butelki – ‘go woda’. Wracam po 15minutach a Charlie spakowany – pewnie dzisiaj się spakował na jutrzejszy – trip po górach, mija dosłownie chwila a Charlie wstaje i zaczyna się żegnać… jestem zaskoczony! Jego życie, jego decyzje. Wyszedł, w chacie zapanowała cisza i lekki smutek rozstania… 

Udaję się na rekonesans wiatrowy do podnóża wierzchołka Veľká Chochuľa (1753m n.p.m.) – mgła ogranicza widoczność do 50m, panuje spokój – istnieje duża szansa, że jutro ruszę. Wracam do chaty zajmuję się czymkolwiek aby wypełnić godziny oczekiwania, tnę drewno, ogarniam chatę, zbieram sprzęt w jedno miejsce. A cóż to! Deszcz pada, eh. Czuję w żołądku zbliżającą się porę obiadową. Dzisiejsza specjalność zupa ala-pomidorowa. Po dość długim czasie litr wody wrze – wrzucam kluski. Gdy są już miękkie dodaję puszkę koncentratu pomidorowego „Paradajkový Pretlak” – cierpki smak – dodaję zupy grochowej w proszku – dużo lepiej. Zamiast zupy wyszła klusko-papka! Wygląda tak, że w domu trafiło by to do kosza. Tutaj jest rarytasem. Zatem wygląda dziwnie, smakuje dziwnie. Po sytym obiadku układam mapy, spisuję wyprawę dzień po dniu - kończę gdy w chacie panuje półmrok. Kończąc dzień dokładam do pieca.


18.05.2014
Znowu w nocy mysz gryzła! Gdyby ją upiec?! Słyszę uderzające krople deszczu o dach – pada – nici z wyjścia na szlak. Mgła ogarnia dosłownie wszystko. 
W chacie fajnie się mieszka i na 100% tutaj zawitam. Chata myśliwska (1300m n.p.m.) oddana do użytku turystom, położona w Národný park Nízke Tatry. Stoi pusta, korzystanie jest darmowe. Jest się zdanym tylko na siebie. Czyli po drewno chodzę do lasu, woda jest z potoku oddalonego o 250m. 
 
image039

Docierają słowa wypowiedziane przez Indianina do Europejczyka „Wy Europejczycy macie zegarki, My mamy czas” doświadczam tych słów w 100%. Na nic tu znajomość godziny, życie zależy wyłącznie od tego co chce się robić. Chce pisać to piszę, chce ciepło to dorzucam do pieca. Chce drewno idę do lasu. Chce wodę idę do potoku. Fajne uczucie mieć 100% odpowiedzialności tylko za siebie.

Wyglądając przez okno rzuca się w oczy dorodna kępka szczawiu – już wiem co będzie na śniadanie – dodatkowo zrywam kilka pokrzyw. 


19.05.2014
Za oknem ciemno, włączam telefon – 04:24. Rozpalam w piecu aby zjeść ciepłe śniadanie. Na dworze mgła, maliny kołyszą się - jest wiaterek. O 07:00 wychodzę aby podjąć próbę przejścia zaplanowanego odcinka. Pierwsze kilkaset metrów wiedzie przez wysoką kosodrzewinę, zatem jest bezwietrznie. Ciekawe jak jest na szczycie Veľká Chochuľa. Przedzieranie się przez mokrą kosodrzewinę sprawia, że mam mokre ubranie – uczucie moknięcia po 3 dniach przerwy jest średnio miłe! Koniec kosodrzewiny a początek odczuwalnego zimna. W wietrze mokre spodnie wychładzają dużo szybciej. Im bliżej szczytu tym bardziej wieje, mam nadzieję, że będę mógł swobodnie iść. Po kilku minutach stoję w miejscu w którym z Charlim przerwaliśmy marsz, wieje ale da się iść. Jest mgła, śnieg stopniał. Wątpliwości są - do najbliższej Útulňy jest 4:30h. Ryzykuję!  

image040

Mimo wiatru idzie się bardzo dobrze. Na Sedlo Ďurková (1709m n.p.m.) we mgle mignęły dwie postacie, co jakiś czas dobiegają głosy dwóch mężczyzn. Robiąc zdjęcia przy Chabenec (1955m n.p.m.), postacie docierają, są to Czesi a jeden z nich mówi po Polsku co ułatwia komunikację.

image041

Czech opowiada, że idziemy po przepięknych górach z jeszcze piękniejszymi widokami. Przebłysk sprawia, że szybszym krokiem idziemy zrobić chociaż jedno zdjęcie - zdążyłem zrobić aż 3 zdjęcia - po czym wszystko znika we mgle.
 
image042

Czech: Gdzie będziesz spał?
Ja: Čertovica w Útulňa Ramža.
Czech: Útulňa Ramža jest za Čertovica.

Zdziwiłem się bo na mapie Charliego Útulňa Ramža zaznaczona była w Čertovica. Wyjmuję mapę i weryfikuję informacje. Czech wskazuje  Útulňe na mapie - dodatkowe 2h marszu. Przy schronisku Chopok (2010m n.p.m.) rozłączamy się. Czesi udają się na odpoczynek, ja mykam dalej aby tylko zejść z wysokich gór. Zatrzymuję się przy szlako wskazie na Ďumbier (2043m n.p.m.)...kusi...oj kusi... Łukasz! Pogoda! Tym razem odpuszczam ale wrócę! 

Od 15:00 zaczyna się przejaśniać a widoki napawać pięknem.
 
image043

Zdecydowanie to odcisk jamnika…
 
image044

Pogoda prawie bajeczna…
 
image045
 
image046

…jednak ta chmurka daje motywację do szybkiego tempa…
 
image047

W Čertovica na stołach zajadam kanapki, cebulę i cukier oraz regeneruję siły. Zregenerowany ruszam po drodze spotykam grupkę plecakowców – ‘Ahoj’ - macham ręką na pozdrowienie. Zbliża się wieczór więc zasuwam ile sił w nogach...w końcu Útulňa Ramža. 

image048

Fajnie, jestem sam. Ogarniam gdzie jest piła, woda i garnek. 
 
image049

Z powalonych świerków obok Útulňy wycinam kilka gałęzi. Na rozpalonym piecu, gotuję zupę ryżową oraz herbatę. Gdy kolacja skończona na dworze panuje totalna ciemność – idealny moment aby iść spać.


20.05.2014
Wewnątrz bardzo widno. Dziwne ale ptaki nie śpiewają. Czuję lekkie zmęczenie po wczorajszym także leżę dłuższą chwilę - ptaki zaczynają śpiewać. Coraz jaśniej – wstaję, myję garnek po ryżu, ogarniam sprzęt, uzupełniam zapas wody, jem śniadanie. Jest tak jasno, że jest pewnie po 10:00. Robię zdjęcie, spoglądam na godzinę w aparacie...jest...05:40
Cel na dzisiaj: Zejść z góry Kráľova hoľa (1946m n.p.m.) jak najniżej.

Pogoda ładna, powietrze rześkie, idzie się super…

image050

…aż do momentu gdy na trasie są powalone drzewa! Pierwsze kilka drzew traktuje jako niespodziankę, kolejne jako wyzwanie...następne jako upierdliwość.
 
image051

Na grani w stronę Andrejcová doświadczam ciekawego zjawiska…
…z przodu…
 
image052

…po prawej pada…

image053

…po lewej słonko…

image054

W powietrzu czuję wilgoć co determinuje do szybszego kroku, delikatny deszcz zaczyna padać 10minut przed Útulňa Andrejcová – w niej przeczekuję  – przestój wykorzystuję na prześledzenie mapy oraz posiłek: cebula i cukier. Po kilku minutach przestaje padać. Początkowo mijam pojedyncze powalone drzewa – lajcik, po 30minutach szlak wygląda tak:
 
image055

Pokonanie 100m szlaku jest prawdziwym wyzwaniem, tacham się pod i nad drzewami, omijam po wysokich po pas jagodziankach, mijam dużymi łukami – a pot z czoła leci! Opłaciło się!
 
image056

Dwie godziny przed Kráľova hoľa pogoda ulega pogorszeniu: mgła i wiatr. Idę już kilka dobrych godzin, noc zbliża się coraz większymi krokami, nocleg w Útulňa Kráľova hoľa kusi… Popsucie pogody spowoduje przestój! Schodzę do Telgárt, według mapy 2h – lajcik! Zaczynają się powalone drzewa, pierwsze kilkaset metrów pokonuję sprawnie…aż do tego momentu!
 
image057

Z początku motam się pokonując metr za metrem tracąc mnóstwo cennego czasu. W końcu śledzę mapę w poszukiwaniu obejścia. Schodzę stromym upierdliwym terenem, potem odbijam w drogę i ostatecznie mijam szlak nadrabiając 2km. Wykończony na wielkiej holi przed Telgárt kilka minut przed zmierzchem rozbijam namiot. 


21.05.2014
Słyszę jakieś dzieci…wycieczka szkolna. Oj spało się dobrze. O poranku czyli o 10:50
 
image058

Szlak prowadzi przez tory. Akurat trafiam na pociąg, który z kilkuset metrów trąbi na Mnie!
 
image059

Jeśli lubisz noclegi w komfortowych warunkach, polecam wielogwiastkowy pensjonat…
 
image060

Ostatni widok na góry przed wejściem w las…

image061 

Również i tutaj burza powaliła drzewa, na szczęście leśnicy zdążyli udrożnić szlak.
 
image062

Dzień kończę na polanie tylko po to by rano mieć piękne widoki…
 
image063


22.05.2014
Dzisiaj idę łotamoj…
 
image064

Na wyprawie są momenty, że czuje sam siebie – a oto antidotum! Oj zimna woda!
 
image065

Po 0:30h niespodzianka!!! Zła niespodzianka!!! Burza wycięła kilka hektarów lasu! Po wcześniejszych burzach kilkadziesiąt hektarów jest ścierniskiem. Szlak gdzieś tu jest. Chodzę po drzewach jak mrówka po rozsypanych bierkach!
 
image066
 
image067

To najgorszy dzień od początku wyprawy! Przejście 2:25h zajęło cały dzień! Kilometr za Sedlo Súľová nocleguję na myśliwskiej polanie. (zdjęcie z dnia następnego)

image068

Czuję się z jednej strony wkurzony przez stratę całego dnia zaś z drugiej szczęśliwy, że w końcu jestem na szlaku.


23.05.2014
Poranne widoki.
 
image069

Oznaczenie szlaku jest szukaniem odrobiny farby w lesie.
 
image070

Co kilkaset metrów szlak jest zawalony drzewami. Po 4h jestem na Skalisko (1293m n.p.m.) a tu niespodzianka, szczyt jest skalisty.
 
image071

image072

Na parkingu Úhornianske Sedlo (999m n.p.m.) wokół samochodu ganiają dwie dziewczyny. Jedna z nich pyta o drogę do Zádielska Dolina – wskazując szlak na Osadnik.
Ja: Tylko pieszo, na drodze dużo drzew. Samochodem nie przejedziecie.
Ona: Pieszo…eee.
Zrobiła zdjęcie mapy i we dwie poszły przekonywać kierowcę. Trwało to zanim kierowca uświadomił dziewczynom, że mapa jest turystyczna i nie przejadą. 

Odpoczywam na skrawku trawy, wysypuję z butów syf, przeglądam mapę. Ruszam zgodnie ze stojącym szlako wskazem…szlak zmieniony, idę według szlaku na mapie prowadzącego po wszystkim. Po 30minutach z daleka widzę rowerzystę ledwie pchającego rower pod górę – upewniam się, tak to szlak – w górę! Po 0:20h rowerzysta schodzi – ‘Ahoj’ – okazuje się, że również jedzie do Zádielska dolina – zrobił skrót ale zwątpił.

Szlak wiedzie bardzo dobrą drogą, tuż przed Pipitka (1225m n.p.m.) skręca w zarośniętą po kolana ścieżkę. Wchodzę na szczyt a tu szlak znowu zasypany drzewami! Mijam, kołuję, w końcu szlak znika, w napotkanym strumieniu gaszę mega pragnienie oraz uzupełniam zapasy wody. Wdrapuję się z powrotem, z pomocą kompasu w 15 minut odnajduję szlak. Mam w planach za godzinę nocleg. Znowu pojawiają się powalone drzewa, akurat zaraz za nimi wchodzę na polanę. Rozglądam się w koło i na środku polany poza zasięgiem drzew rozkładam namiot, zaraz obok szlaku.


24.05.2014
Słonko zagląda coraz śmielej do namiotu. Leże zniechęcony poprzednimi dniami pełnymi powalonych drzew! Jest sobota, wyglądam z namiotu a obok przebiega koleś – skoro on tu jest to w każdej chwili może nadejść chmara turystów. Szlak gdzieś tu jest…
 
image073

Przy Osadnik (1186m n.p.m.) idę wzdłuż świeżego oznaczenia szlaku.
Docieram do szlako wskazu a na nim brak zaznaczonego czerwonego szlaku – co jest! Na powalonym drzewie widnieje czerwona strzałka. Przebiegający Słowak oznajmia – „na milion procent szlak idzie górą, ta strzałka informuje jak dotrzeć do szlaku” Miejscowemu ufam, wracam się…jednak strzałka korci w głowie. Zawracam sprawdzić, okazuje się, że szlak jest zmieniony. Ciągnie się bardzo długim obejściem za to brak powalonych drzew co zdecydowanie wynagradza nadrobione setki metrów. Drugi dzień idę na głodnego a do tego mijam 50 biwakujących osób z wielkim kotłem gotującej się fasolki – oj… 

Zaplanowane mam zakupy. W Štós-kúpele zagaduję do kolesia o sklep – „ne ma” – trudno, zakupy jutro. Nocleg wypada na wielkiej polanie powstałej w wyniku wycinki drzew, ledwie co położyłem się a namiotem zaczął targać wiatr – na szczęście szybko zasypiam.


25.05.2014
Zaczynam się pakować a tu wzmógł się wiatr, po minucie delikatnie pada – namiot zmókł – po złożeniu waży więcej. Zapowiada się piękny dzionek.
 
image074

Mnóstwo ludzi na szlakach, Słowacy grillują, palą ogniska, pieką kiełbaski, jeżdżą rowerami. Na obrzeżach miasta Košice mam dylemat: iść szlakiem do małej miejscowości oddalonej o godzinę i ryzykować brak sklepu czy iść w miasto i szukać sklepu tracąc czas. Wybieram drugą opcję. Z pomocą drogowskazu i miejscowych trafiam do marketu. Idąc głównym holem, zdecydowanie wyróżniam się przez co sporo ludzi gapi się! Pierwsze co robię to udaję się do WC – liczę na ciepłą wodę – tylko zimna! Przemywam się, robię pranie. Suszę koszulkę pod suszarką do dłoni jednak efekty są mizerne – zakładam mokrą i ruszam na market. 

Zakupy zrobione. Zaraz po wyjściu z budynku widzę idealną miejscówkę na piknik – jem…jem…jem. Trudno nazwać ten wyczyn skromnym posiłkiem. Po założeniu plecaka czuję objawy przejedzenia. Wracam na szlak. 

Słowacy kochają przyrodę…do tego stopnia, że niektórzy widzą w niej kobiety.
 
image075

Przejedzenie sprawia wielkie trudności w poruszaniu zatem po 2km w lesie rozbijam namiot. 


26.05.2014
Noc spokojna! Zero wiatru, zero deszczu, zero wszystkiego…cisza. Wyspany! Czuję się dobrze, żołądek przez noc przemielił wszystko. Śniadanie boskie: chleb, szczypióra, dwa pomarańcze, jabłko, rzodkiewka. Drapiąc się po nodze, pod palcami wyczuwam coś innego pewnie jakiś bąbel wyskoczył – spoglądam, przyglądam się… Niech to! Kleszcz! Próbuję go wyciągnąć…wycisnąć…siedzi zawzięty. Tego nie przewidziałeś cholerniku. Sięgam po nóż, ostrzem w koło kleszcza wydłubuję kawałek skóry, jeszcze kawałek, jeszcze kawałek. Wydłubany, spada na karimatę na dokładkę masz jeszcze z liścia – a dziach! Sprawa załatwiona! W skórze pozostał dołek, sącząca się kropla krwi i lekkie bólo-swędzenie. W każdym razie po wyprawie wizyta u znachora obowiązkowo. Komu czas temu plecak na plecy! 

Woda zapasowa wypita. W marszrucie wyczytuje Kráľová Studňa (715m n.p.m.) tam uzupełnię zapasy wody. Słońce przygrzewa coraz mocniej, pot cieknie z czoła, z każdym grzybkiem odliczam czas do Studňa. Im bliżej tym większe błoto – normalne przy źródle. Dochodzę do grzybka Kráľová Studňa, rozglądam się – brak wody pitnej! Trudno. 

Widok z Janošíková bašta (523m n.p.m.)
 
image076

Po drodze mijam zamieszkały teren co na mapie widnieje jako „chaty” – co za miły prezent – Studnicka. Na ławce stawiam plecak – gaszę pragnienie, uzupełniam zapasy, robię pranie. 

image077
 
Mostek spełniający wszelkie unijne normy, ba światowe!
 
image078

Już ciemno gdy w Malý Šariš rozbijam namiot.


27.05.2014
Wzmagający ruch pojazdów zwiastuje coraz późniejszą porę. Wcinam pomarańcza…kap…kap…deszcz! Akurat teraz! Szczyć się chce ale takie chcenie, że już!!! Cholera! W samych gaciach wyskakuję ze śpiwora, robię co trzeba – od zimnego deszczu cierpnie skóra. Wskakuję do namiotu, szybko przecieram się ręcznikiem i w śpiwór – och, jak ciepło. W drogę! Przez pierwsze 10 minut szlak wiedzie ruchliwą asfaltówką, przy grzybku okazuje się, że szlak został zmieniony a trasę kilkuset metrów pokonałem starym oznaczeniem. Skwar jak diabli, dusznota zapowiada burze. 

Na wyprawach często nachodzi ochota na spożywanie różnych produktów – teraz chce się piwa – zaledwie po 100m napotykam ala-market. Dwa zimne piwa – „Šariš” oraz „Smädný Mních”. Šariš jest wszędzie promowany więc idzie jako pierwszy – łyk – gorzkie! Poprzednie piwa wypite na wyprawie też gorzko smakowały, ale obwiniałem terminy ważności i złe przechowywanie. Okazuje się, że smak się zmienił! Spróbuję w Polsce – jeśli nadal będzie ohydnie smakowało jak teraz to zakończę degustację piw. Wypite, w głowie wesoło! Oddaje butelki i na drogę kupuję kakaowy przysmak. Asfalt…asfalt…błoto…hala…błoto…asfalt. 

Ano „s.r.o.” (prawdopodobnie Spółka z o.o.)
 
image079

W Terňa – zaraz na wejściu cyganie – czyżby dzielnica – „schowaj i trzymaj”? W parku siedzi osiem cyganek – większość z nich szprychy, że hej. Za Mną burzowe chmury – spadam stąd. Droga do Hradisko jest wyścigiem z deszczem – z tyłu pada a z przodu piękna pogoda. Pokrapuje coraz intensywniej, jeszcze kilkadziesiąt metrów i będę wśród budynków! Jest! Zaraz na wejściu wchodzę do Zastávki, zaczyna solidnie padać. Kap w plecy…kap! Spoglądam w górę a 30% dachu jest dziurawa. Przekładam na mijanego sprzęt, siadam z drugiego końca.
 
image080
 
Dzwonię do Polski w ważnej sprawie.
Siorka: Halo, co tam?
Ja: Podlewacie mojego kwiatka? Pewnie zapomniał już co to woda. (24 dni)
Siorka: Pewnie tak.
 
 
28.05.2014
Najskuteczniejszy budzik na świecie! W środku lasu leżysz w namiocie a w pobliżu słychać piłę spalinową. Po przejściu dość długiego kawała z daleka słychać na przemian piłę spalinową i ryk silnika. Prawdopodobnie wycinka na szlaku! Docieram do ów miejsca – stoi pilarz wpatrzony w powalone drzewo a obok niego ciągnikiem zrywkowym (pojazd do wyciągania drewna z lasu) drugi koleś próbuje wyciągnąć drzewo na drogę. Po śladach widać, że długo się męczą z tym drzewem. Akurat gdy podchodzę obaj zauważają Mnie dzięki czemu bezpiecznie mijam miejsce zrywki. Droga wiedzie cały czas w dół. Wychodząc z lasu trafiam na skrzyżowanie dróg z brakiem oznaczeń, dzięki mapie kieruję się na budynki. Dla pewności pytam stojącego kolesia w  ogródku:
 
Ja: To je Hervartov?
Koleś: Ano.
Ja: Dakujem.
 
Bardejov…
 
image081
 
…rzuca się w oczy drogowskaz na market – udaję się do niego, po wejściu uderzam do WC ogarnąć wygląd i zrobić pranie. Po zakupach przy markecie siadam na murku – pora obiadowa. Stąd udaję się do Bardejovské Kúpele – na mapie wygląda jak wioska – w rzeczywistości są tu same wille i auta po kilkaset tysięcy złotych.
 
image082
 
Nocleg planuję za Zborov – teren wygląda na płaską polanę. Już szarawo gdy przechodząc przez pasy spotykam na przystanku siedzących cyganów – może być ciekawie! Podchodzi 3 cagańskich małolatów:
 
Cygan: Która je hodina? (godzina)
Ja: Nie ma hodiny. (podnoszę ręce pokazując brak zegarka)
 
Co chwila spotykam pojedynczych i grupki cyganów – za każdym razem zastanawiam się, czy stracę sprzęt czy uda się przejść. Ostatnie zabudowania…a Ja wchodzę w środek dzielnicy cygańskiej! Orzesz! Co chwila słyszę zagadywania – w odpowiedzi uśmiecham się. Na końcu zabudowań stoję na rozdrożu – zagaduje małolat gdzie idę, aby uniknąć dukania nazwy pokazuję mapę na co ten tłumaczy drogę w innym kierunku niż wskazuje strzałka na słupie. Wskazuję na znak – tu. Małolat zagadał do kobiety – sytuacja się powtarza – tłumaczy inny kierunek.
 
Cyganka: Kde idziesz?
Ja: Na marszrucie wskazuję nazwę
Cyganka: Noc, ja bym się bała iść.
Ja: Ja się nie boję. Idę z Bratislavy.
Cyganka: Sama bym się bała. Gdzie będziesz spał?
Ja: W górach w namiocie.
Cyganka: Nie boisz się niedźwiedzi?
Ja: Nie.
Cyganka: Ja bym się bała niedźwiedzi.
Ja: Ja, nie. (przelatuje myśl: wole już z niedźwiedziem w jaskini spać niż być w środku tej dzielnicy)
 
Kobieta skręciła do budynku, Ja idę prosto. Jak to baba! Jeszcze nie weszła do budynku a już rozgaduje, słyszę: Bratislava, sam. Przechodzę jakieś 300 metrów po czym skręcam w innym kierunku i wśród krzaków rozbijam namiot – na wszelki wypadek gdyby cyganie liczyli na łupy.
 
 
29.05.2014
Przez wysoką trawę wracam na szlak, po kilkudziesięciu metrach mam przemoczone spodnie do kolan i buty. Po kilkunastu dniach przemoknięć brak reakcji – po prostu mokre.
 
image083
 
Docieram do rozwidlenia dróg – na mapie pokazana tylko jedna. Z pomocą kompasu skręcam w prawą – z drogi co kilkanaście metrów odchodzą ścieżki przypominające ścieżki wydeptane przez turystów. Sporo czasu tracę, w lesie pokazało się oznaczenie – jest dobrze. Od Andrejová do Kurimka szlak jest zarośnięty wygląda na dziki.
 
Deszcz dopada przed Lazová Lúka – zakładam poncho. Przesmyk pomiędzy lasami wiedzie po polanie – w wysokiej trawie przemaczam całkowicie buty i spodnie. Przed Svidnik jest Útulňa – kusi aby zostać na nocleg, suchy nocleg – jednak jestem umówiony w Bieszczadach także ważna jest każda godzina – maszeruję do upadłego. Przestaje padać w Kapišová – szlak idzie asfaltem – po drodze mijam muzeum sprzętu wojskowego. Jest już noc gdy, docieram do wsi Nižná Pisaná. Za wsią tuż przy szlaku rozbijam namiot – w zasadzie już jest wszystko jedno gdzie! Jest zimno, wiejący wiatr potęguje uczucie zimna jeszcze bardziej. Wreszcie namiot rozbity, wchodzę jak najszybciej, wewnątrz ogarniam karimatę, śpiwór, przemoczone buty i spodnie. Wślizguję się w śpiwór i w od razu zasypiam.
 

30.05.2014
Wiatr targa namiotem. Siedząc w namiocie pakuję wszystko do plecaka. Mokre zimne spodnie na ciepłych nogach są średnio miłym uczuciem, mokre skarpety i przemoczone buty  też są mało przyjemne. Szybko składam namiot, przypinam do plecaka i wyruszam się rozgrzać. Z Medvedie przez lasy do Dukliansky Priesmyk. Jestem zmarznięty i przemoknięty, mam jeszcze kilka minut marszu, przychodzi myśl aby na granicy łapać stopa i wracać do domu. JEST! KONIEC SZLAKU – 750km.  Robię zdjęcie pamiątkowe,  naciskam przycisk, obiektyw się chowa – baterie rozładowane!
 
Na granicy dzwonię do domu czy mimo kiepskiej pogody przyjeżdżają w Bieszczady – „zła pogoda, nie jedziemy”. No to do sklepu na zakupy – jako, że przez prawie miesiąc mam zryty smak kupuję różne różności. Kilkadziesiąt metrów od sklepu w Zastávka – robię wielki biwak zajadając różne różności :) Przed wyjściem dzwoni telefon – przyjeżdżamy. Najedzony wolniej chodzę, w plecaku dodatkowe 3kg, do pokonania 100km, spotkanie w niedzielę o 18:00, teraz jest piątek ok. 14:00 – dam radę! Początkowo szlak wiedzie asfaltem, potem drogą, następnie błotem – jako, że ważny jest czas to przestaję patrzeć na wszystko – błoto mijam tylko wtedy gdy może ugrzęznąć cały but. Już panuje totalna ciemność, jest zimno, świecąc czołówką po krzakach obserwuję wpatrujące świecące oczy zwierząt – czyżby wilki polują? – z krzaków ucieka sarna.
 
 
31.05-01.06.2014
Pękła guma – rozsypują się pałąki stelaża. Składam drugi – pękła guma! Szkoda czasu, pakuję wszystko i ruszam. Stan szlaku jest przeróżny czasem jest wyśmienity, czasem wiedzie przez bagna. Od Lupkovský Priesmyk na szlaku widać ślady gąsienic – jakby czołg jechał. W każdym razie przejazd pojazdu przemielił ścieżki piesze z błotem przez co mam dużo do mijania. W końcu kończą się ślady – super! Od Balnica szlak prowadzi przez bardzo górkowaty, stromy, błotny teren – masakra! Znowu zaczynają się powalone drzewa…dużo drzew. Nadszedł czas decyzji – spać czy iść – przy powalonych drzewach podjadam smakołyki, nakładam czołówkę…IŚĆ.

Jest gęsta mgła, czołówka świeci się na najmniejszej jasności – widoczność 3-5m. Gdy przełączam na większą jasność światło odbija się i oślepia. W nocy idę wolniej, ze względu na małą widoczność bardzo często spoglądam na drzewa w poszukiwaniu oznaczeń. Wszystko fajnie przebiega. Na szczycie Kruhliak – na mapie są dwa szlaki – pierwszy graniczy – drugi Polski do miejscowości Smerek. Na szlako wskazach widnieje tylko graniczny – co dziwi – dla pewności sprawdzam kompasem kierunek marszu – zgadza się. Ciągle schodzę w dół coś tu się nie zgadza, kompas wskazuje wschód! Z powrotem do rozwidlenia – idę w miarę szybko, w połowie drogi zaczyna świtać a oczom ukazują się przepiękne widoki. Ja tu szedłem, tak stromo? Docieram do miejsca gdzie powinienem pójść na południe – okazuje się, że dwa szlaki czerwone idą razem 200m po czym brak informacji o rozwidleniu.

Na Sedlo pod Čierťažou stoi Polska wiata oraz Słowacka Útulňa/buda. Mam dobry czas udaję się do Słowackiej budy na chwilowy odpoczynek, z plecakiem siadam na ławce…czuję mrowienie w oczach – już idę… Budzę się, spoglądam na telefon…eh, przysnęło się godzinkę. Czuję się jak nowonarodzony. Po drodze spotykam turystę a w okolicach Hrúbky grupę plecakowców. Grupa jest Warszawsko-Krakowska. Nawiązuje się rozmowa, gdy wspominam, że idę już miesiąc i pokonuję trasę ok. 900km z rozmachem otrzymuję najwspanialszą rzecz na trasie jaką można otrzymać – kanapkę – z racji, że nie lubię objadać innych odmawiam – jednak przekonali skutecznie. Za chwilę jeszcze jedna i na deser kostka czekolady. Boskie uczucie zjeść tak wspaniały prezent. DZIĘKUJĘ !!! Grupa tutaj się rozdwaja także z Klaudią i Rafałem udajemy się na Wielka Rawka – rozpogadza się a widoki cieszą oko.
 
image084
 
Jak to w życiu…przejedzie się pół Polski i spotykasz kogoś z pobliskiej miejscowości – tak jest z Klaudią – oboje jesteśmy z Bełżyc :) Nadszedł czas na fotki i pozdrowienia. Z Wielka Rawka zejście jest strome i obłocone także trzy razy ześlizguję telemarkiem. Pokazują się chodniki z desek co oznacza, że już blisko cywilizacja. Okazuje się, że na parkingu czekają na Mnie. Chwile pogadaliśmy, po czym rozkładam karimatę na ziemi i się przebieram. Od kilkudniowej wilgoci i przepocenia wszystko śmierdzi, zatem wszystko trafia do foliowych worków. Po 30 godzinach marszu w przemoczonych butach widok stóp przeraża!
 
Nieważne jak mężczyzna zaczyna, ważne jak kończy…wyprawa zakończona poznaniem fantastycznych plecakowców.
 

Podsumowanie:
Początek: 04.05.2014 Bratysława / Słowacja
Koniec: 01.06.2014 Ustrzyki Górne / Polska
Ilość dni: 29
Długość: 750km Cesta SNP, 100km granicą Polsko-Słowacką, 50km bonusy.
Całkowita inwestycja: 170zł
Wrażenia: SUPER
 
Kategoria: Wyprawy | Góry