III Prawdziwa Zimowa Wyrypa Beskidzka

21.02.2015 - 22.02.2015
Są przygody przytrafiające się spontanicznie jak również takie na które czekam z utęsknieniem. Na tą czekałem rok. Czas ruszyć w podróż by zrealizować i przygodę i spotkać górskich znajomych.

Prawdziwa Zimowa Wyrypa Beskidzka traktuję jako rajd towarzyski, spotykam znajomych jak również poznaję nowych. Wyzwaniem jest przejście w zimie 50km w 24h.

Podróż na miejsce startu: Bus: Bełżyce-Lublin, Autobus: Lublin-Rzeszów, Autobus: Rzeszów-Kraków, Bus: Kraków-Rabka Zdrój

Docieram do Rabka-Zdrój ok. 08:10 znajduję się na przystanku BUS. U kierowcy zaciągam informacji jak dotrzeć do Park Zdrojowy - okazuje się to wybitnie proste - "za drzewami na górze". Idąc wzdłuż ulicy, na pierwszych lepszych pasach przechodzę na drugą stronę i kieruję się do krzyżówki z drogą prowadzącą do góry. Chodnikiem docieram pod sam park. Skręcając w lewo po kilku metrach stoję przy szlakowskazie, który jest dla Mnie wyznacznikiem początku Wyrypy.

Trasa: Rabka Zdrój => Schronisko PTTK na Maciejowej => Schronisko PTTK na Luboniu Wielkim => Schronisko PTTK Turbacz => Schronisko PTTK Stare Wierchy => Schronisko PTTK na Maciejowej. Link do trasy: http://mapa-turystyczna.pl/route/zyjg

Pierwszy etap wiedzie czerwonym szlakiem do Schronisko PTTK na Maciejowej. Przed wyruszeniem w trasę korzystam z dobroci ławki stawiając na niej plecak i przepakowuję sprzęt. Czynię to w sposób dość wolny - a może ktoś się nawinie i razem ruszymy na szlak - podchodzi do szlakowskazu kobieta, która jechała tym samym busem.

Ja: Cześć, idziesz na Wyrypę?
Kobieta: No taką małą.
Ja: To znaczy czy idziesz w Prawdziwej Zimowej Wyrypie Beskidzkiej?
Kobieta: Nie.

Żwawym krokiem rusza przed siebie. Po zaledwie kilku sekundach podchodzi koleś, wygląda jakby na kogoś czekał.

Ja: Cześć, idziesz na Wyrypę?
Koleś: Tak, czekam na znajomych.

Odnoszę wrażenie jakby był mocno zajęty czekaniem...ruszam w drogę z myślą dogonienia kobiety. Postanowiłem się oszczędzać aby w poniedziałek odpoczętym ruszyć na Główny Szlak Sudecki. Toteż średnio szybkim krokiem doganiam potencjalną towarzyszkę. Okazuje się strzałem w dziesiątkę - oboje z zasady jeździmy sami w góry, oboje chodzimy sami po górach, w kilka chwil mam odczucie jakbyśmy mieli to samo podejście do gór i wędrówek po nich. Kto chodzi sam po górach ten...bardzo się cieszy z rozmowy z drugą osobą.
Tak też jest w Naszym przypadku - rozmowa jest niczym powiew wiatru w upalny dzień.

Szlak wychodzi z Rabka Zdrój na wielką przestrzeń, tuż przy szlaku stoi kilka samochodów. Część osób kręci się przy samochodach, część dopiero co wychodzi z samochodu. W pierwszej kolejności rzut oka kieruję w poszukiwaniu tajemniczego płatka śniegu...jest...Wyrypowicze. Cześć. Cześć.

Nadal idziemy we dwójkę średnim tempem z przerwami na fotki. Pogoda jest idealna: chłodno, niebo błękitne z kilkoma chmurkami, bezwietrznie. Pstrykamy fotki co chwila jednocześnie delektując się otaczającym pięknem gór i przyrody.

image002

Kilkadziesiąt metrów przed Schroniskiem PTTK na Maciejowej rozpościera się widok na Tatry

image004

Kobieta: Wstępuję do schroniska na herbatę.
Ja: Również wstępuję do schroniska, może są znajomi.

Schronisko niemalże pełne, gwar rozchodzi się po całym pomieszczeniu. Co prawda znajomych brak za to w tłumie odnajduję dwie znajome twarze z poprzedniej Wyrypy. Chwilę rozmawiamy o górach…o Tatrach. Ekipa dwóch znajomych twarzy się zebrała i wychodzi ze schroniska. Nadszedł czas rozstaju dróg - Powodzenia. Powodzenia.

Tak po prostu przyklejam się do ekipy i wędrujemy razem. Od schroniska szlak wiedzie przez pięć minut szlakiem czerwonym i zielonym. Początkowo w dół a potem w górę - trasa płaściutka jakby przygotowana dla narciarzy. Przewalony świerk dość skutecznie maskuje odbicie na szlak zielony - z "autostrady" schodzimy na drogę z wąską ścieżeczką wydeptaną przez kilka osób. Ostro schodzimy w dół co dość skutecznie rozdziela Nas na dwie ekipy - pierwsza czteroosobowa, druga dwuosobowa. Z czasem odłączam się od ekipy i podążam solo aż do wyjścia z lasu i pierwszego spojrzenia na Jasionów.

image006

Tutaj napotykam na innych uczestników Wyrypy, krótka wymiana zdań i w drogę.

S_lub_G: Gdzie podziałeś towarzyszkę?
Ja: Ona nie idzie na Wyrype, spotkaliśmy się na szlaku. Zresztą drewna do lasu się nie bierze. (spojrzenie Kaśki bezcenne)
S_lub_G: Racja.

image008

Coraz śmielej słonko wychodzi za chmur co dla Mnie oznacza złą pogodę - lubię chłód dzięki czemu więcej wytrzymuję.

Docieramy do asfaltu gdzie przez chwilę oczekujemy na drugą ekipę. Proponuję zejście do miejscowości z nadzieją trafienia na sklep - propozycja zaakceptowana - zatem ruszamy asfaltową drogą w dół w głąb miejscowości. Idziemy i idziemy tym asflatem, przypomina się komentarz "ale jakoś tak ciągle przez wieś jej przebieg prowadzi. Niby fajnie, ale "górsko" jakoś skromnie." Za to jakie cudne widoki - widać góry - co trudno zaobserwować idąc po górach w lesie.

Po dość długawym marszu po asfalcie docieramy do miejscowości Olszówka i oczekiwanego sklepu spożywczego. Zaopatruję się w półlitrową butelkę wody i skromne pół litra dopalacza w szklanej butelce o złocistym kolorze z wyrazistym czterdziestoprocentowym wzroście współczynnika szczęśliwości :) Podekscytowany wracam na przystanek autobusowy na którym się rozsiedliśmy - mam dopalacza. Otwieram plecak i własnym oczom niedowierzam! Pękły kubeczki od samej góry po sam dół! Kolejna ekspedycja do sklepu.

Ja: Ma Pani kubeczki plastikowe?
Ekspedientka: Skończyły się.
Ja: Kieliszki szklane lub plastikowe?
Ekspedientka: Sprzedane. Szklankę lub pożyczę kieliszek.
Ja: Dziękuję, odpadają te opcje. Damy radę.

Wracam na przystanek.

Ja: Macie kieliszek to walniemy po jednym...
S_lub_G: Kierowcy, pijemy co mamy i na tym koniec. Poczęstujemy Cie naszym.

Dobre. Zagryzam kielona boczkiem - w zasadzie to śniadanie.

W komplecie, posileni, odpoczęci - ruszamy. Przy sklepie zostaje spora grupa na oko ze dwadzieścia osób. W zasadzie takie zasady - każdy idzie wedle własnego uznania. Asfalt ciągnie się jeszcze dłuższym kawałkiem - odbijający asfalt w lewo stawia Nas przed pytaniem - czy to już tu?

Ja: Pójdę sprawdzić.

Ekipa zostaje na chodniku. Podchodzę pod górkę szukając na słupie i drzewach żółtego oznaczenia - gdyby miałoby być to by było tutaj - brak. Schodząc słyszę – „tu jest” Zatem jeszcze prosto idziemy. Idąca z przodu Magda nagle się odwraca i zaczyna iść w Naszym kierunku "Zostawiłam kijki na przystanku", po kilku sekundach wraca - "Sławek ma moje kijki" Spoglądam na Sławka - w rękach niesie kijki po parze w ręce. (Podobną historię miałem z dżokejką! Przetrząsnąłem cały pokój a okazało się, że dżokejka ma się dobrze na głowie!) W końcu odbijamy w lewo we właściwy asfalt. Im wyżej tym fajniejsze widoki.

Ku zdziwieniu z lewej spotykamy grupę uczestników Wyrypy - poza szlakiem - My idziemy wiernie szlakiem.
Grupa idąc asfaltem skręca w lewo - spoglądam na nich - spoglądam na idealnie płaski asfalt - spoglądam na błotnistą drogę wyglądającą jakby szlak góralowi na podwórko wchodził. Szlak to szlak - idziem! Po kilkudziesięciu metrach zaczyna się śnieg, droga wiedzie na pagórek z którego widoki są boskie. Pokazuje się oznaczenie czarnego szlaku co oznacza, że gdzieś tu powinniśmy skręcić w lewo. Kręcimy się przyglądając się drzewom spoglądamy w mapę - no gdzieś tu! W końcu wracamy się na skraj lasu i odbijamy już w prawą - okazuje się, że oznaczenie szlaku prawdopodobnie jest namalowane na betonie słupa - a zasłonięte jest kupą gnoju (obornika). Szlak dziki - jakby przeszła tędy jedna może dwie osoby. Koniec lasu, szybko śmigamy asfaltem przez Skalisne, mostem przez rzekę, tory kolejowe i wychodzimy według marszruty Rabka-Zdrój Zaryte. Jak do tej pory najmniej przyjemny odcinek - wiedzie wzdłuż ruchliwej drogi - wkrótce po przejściu kilkunastu metrów poboczem przechodzę na drugą stronę gdzie już bardziej przyjemniej chodnikiem kontynuujemy marsz aż do wyjścia z cywilizacji. Słonko już dobrze daje toteż zaczynam się coraz bardziej gotować - idę coraz wolniej, coraz szybciej się męczę, czuję jak z każdym krokiem wyciskana jest woda z organizmu! Przestaję iść z kimkolwiek - idę swoim zmarnowanym tempem - co kilkanaście kroków chwilę odpoczywam. Polanka wygląda jak tester wytrzymałości cieplnej! Co chwila ktoś przystaje i odsapuje, co chwila ktoś ściąga plecak i ładuje w niego zbędną odzież.

Janek: Zdejmij polar bo dużo tracisz wody.
Ja: Mam pod nim oddychającą koszulkę a termoaktywną zostawiłem w domu.

Idę i zdycham z ciepłoty - w lesie jest chłodniej jednak nadal zdycham! Jak zdejmę polar i Mnie przewieje to mogę zapomnieć o Głównym Szlaku Sudeckim! Przechodzę kolejne 100m - zgrzany - zdejmuję polar - co ma się stać to się stanie! Chwilowy zimny szok ostudza entuzjazm zdjętego polaru - trudno - pakuję polar w plecak i w górę. O niebo lepiej się idzie. Szlak z fajnej ścieżki zamienia się w zarośniętą dzicz - co uatrakcyjnia przejście.

W Rezerwat Luboń Wielki napotykam odpoczywających Kaśkę, Sławka i Grześka. Kreuje się przejście przez skałki - szlak wiedzie na szczyt. Idziem! Na szczycie chłopaki popatrzyli w dół i zaczęli obejście po wydeptanej po lewej ścieżce. Z Kaśką stoimy patrzymy w dół a przetarte skałki kuszą zejściem.

Ja: Kultura musi być! Panie pierwsze :)

Zejście jest strome i śliskie - co wymusza 100% poświecenia uwagi - prawdopodobnie jedno poślizgnięcie i mogłoby zakończyć imprezę! Po zejściu spotykamy grupkę idącą obejściem z prawej strony. Po chwili chłopaki dołączają - tutaj powracamy do pierwotnego układu i idę solo. No proszę znowu się spotykamy - rumowisko skał służy za świetne miejsce do odpoczynku dla wielu osób - pomogę Wam. Schodzę z ścieżki i rozkładam zad na skale - towarzystwo, klimat tego miejsca i wspaniałe widoki świetnie się uzupełnią - chwilo trwaj... Jeden z uczestników przechodzący obok Nas - "jeszcze 500m i będzie schronisko" - zatem w drogę na obiad.

Przy Schronisko PTTK na Luboniu Wielkim - sporo ludzi spoza Wyrypy - nic dziwnego, widoki są cudne.

image010

Z Kaśki bije radość na wieść, że to już teraz będzie długo oczekiwany obiad - z zaplanowanej 12:30 obsuwa jest na 14:30. W schronisku panuje iście fajny klimat - obok zmęczenia wije się wspaniały humor. No i rozpętuje się afera! Opiekun schroniska wszczyna poszukiwania jednego bigosu! Zdaje się zamówionych jest 12 sztuk a kuchnia wydała 13 sztuk i ta trzynasta sztuka zaginęła. Opiekun w schronisku zerka po wszystkich stołach i osobach w poszukiwaniu zguby - brak winnego - wychodzi na dwór - wraca zniesmaczony - brak bigosu - hahaha

Jako, że pora obiadowa, wyciągam skitrany w plecaku kawałek boczku - kolejka po plasterku w koło stołu. Schłodzony i tłusty - dobrze wchodzi... Wszystko co dobre się kończy...czas nadszedł na ostatnią kolejkę z flaszeczki. Jakby co Moja czeka w kolejce. Posileni wychodzimy ze schroniska, delektujemy się pogodą i widokami - kilka pstryknięć i schodzimy już czerwonym szlakiem. Zejście zaczyna się od głębokiego śniegu po czym wchodzi na wydeptaną ścieżkę. Dalsza część przysparza wiele uwagi, głupot i śmiechu a to za sprawą wyślizganego i stromego zejścia, od schodzenia na nogach po dupozjazdy. Po prawej dwóch Wyrypiarzy zaprasza na chwilę przerwy przy ognisku - skubańcy jak mówili w schronisku tak zrobili - palą ognisko aby upiec boczek. "Tam dalej jest skrót 200m - trzeba uważać aby trafić na drogę" Akurat jestem wierny wytyczonej trasie a reszta niech robi co chce.

Okazuje się, że droga "na około" wiedzie wkoło pola. Jako, że większość poszła na skróty to i brniemy w głębszym śniegu - za to satysfakcję mam wielką. Wygląda to tak, że idziemy już drugą stroną pola a inni widząc Nas kierują się na przełaj. Kumulacja spotkania jest po drugiej stronie drogi przy lesie - posilenie, rozmowy a potem jeden za drugim ruszamy. Gdzieś w lesie w napotkanym potoku uzupełniam zapas wody toteż oddzielam się od grupy. Kilkadziesiąt metrów trwa uzupełnienie półlitrowej butelki za to po wejściu na wielką polanę mam cudne widoki.

image012

To już ostatnia prosta do Raba Niżna

image014

Laczki w wersji czystszej…

image016

Niespodziewana niespodzianka - spotkanie przy sklepie spożywczym - miejsce wszystkim przypadło do gustu - zwłaszcza, że można uzupełnić zapasy.

Przed Nami Niedźwiedź - o tyle dobrze, że miejscowość Niedźwiedź. Droga od sklepu wiedzie asfaltem po czym skręca w miejscu, które łatwo przegapić toteż na słupie Kaśka umieszcza gwiazdkę a Sławek dzwoni do Janka o "miejscu odbicia". Szlak wiedzie czasem przy lesie a czasem przez środek wielkiej polany - tu też - włączam wolne tempo co sprawia, że Kaśka, Sławek i Grzesiek co kilkadziesiąt metrów czekają - wkurzające uczucie!!!

Żeby niebyło są chwile romantyczne...w morzu zachmurzonego nieba odnajdujemy "Marsa uwodzącego Wenus" - czyli zbliżenie dwóch planet przy świetle księżyca. Wracamy do marszu.


Zachód...

image018

Drepczę pod górę a tu jedna osoba schodzi, druga, trzecia jest dziewczyna:.

Ja: Cześć, rezygnujecie?
Dziewczyna: Jedna osoba ma kryzys, przyjechaliśmy jako paczka i jako paczka wracamy.

Strasznie demotywujący widok - brnę dalej! Paczka wykazała się wielką odwagą raz za podjecie wyzwania przejścia Wyrypy a drugi raz wykazali się jeszcze większą odwagą za decyzję wycofania się w odpowiednim momencie.

Przez polanę wędruję tą wydeptaną ścieżką...

image020

Na szczycie spotykam szybką trójkę...

Ja: Opóźniam marsz, idźcie swoim tempem, Ja będę dreptał w swoim tempie.
Ktoś: Idziemy razem, poczekamy.
Ja: Nie ma sensu, umiem zadbać o siebie. Także spokojnie idźcie...

Śladów jest do groma, jedne idą w górę, drugie w dół, a jeszcze inne świadczą o motaniu się. Według mapy wychodzi, że trzeba iść prosto z drugiej strony brak oznazcenia - ostatecznie decydujemy się iść prosto, dla pewności sprawdzam czy jest oznaczenie na krzakach rosnących w szczerym polu - jest oznaczenie - idziemy dobrze. Stojąca przy drzewach Kaśka krzyczy „jest szlak”

Szybkie zejście do miejscowości Niedźwiedź. W kilka minut docieramy do sklepu spożywczego. Tutaj czekamy na Magdę i Janka. W między czasie korzystam z okazji.

Ja: Poproszę piwo. Ma Pani otwieracz?
Ekspedientka: Nie wolno spożywać alkoholu w sklepie i przed sklepem, to też teren sklepu - wie Pan o tym?
Ja: Oczywiście, że wiem. Poradzę sobie z otwarciem.

Wszyscy już są - wyjmujemy co trzeba - czyli czołówki, analizujemy mapę po czym ruszamy. Kaśka narzuca tempo. W okolicach Koninki Zagronie - zmieniam bieg na swój i już od tej pory drepczę. W międzyczasie Sławek odłączył się i od tej pory "idziemy razem" tzn. Sławek idzie Ja drepczę. Nie wiem czy co kilkadziesiąt metrów czeka na Mnie czy odpoczywa w każdym razie co te kilkadziesiąt metrów spotykamy się i zamieniamy kilka słów. Kryzys senny jest coraz gorszy, co chwila w mojej głowie ganiają się myśli - "kopać jamę", "iść do schroniska".
Na polanie pod Turbaczyk idąc w głębokim śniegu co chwila zapadam się a to po kolana a to po pas, coraz częściej wraca myśl "kopać jamę" z drugiej zaś strony na tak cudnej polanie powinna być bacówka... W świetle czołówki w promieniu 90m rozglądam się za bacówką...na co Sławek "chodź, nie rozglądaj się za miejscem na jamę"

Na jednym z podejść oglądam się i widzę światło czołówki buszujące pomiędzy drzewami - o idą Magda z Jankiem. Oglądam się za kilkadziesiąt metrów - o są 30m za nami, zaraz będziemy iść razem, fajnie.

Ja: Zaraz Nas dogonią.

Dosłownie kilka sekund po tych słowach przestraszony słyszę.

Janusz: Cześć Łukasz, Janusz poznaliśmy się rok temu na Wyrypie.
Ja: Z Wrocławia, pamiętam.

Tak zaskakującego spotkania się nie spodziewałem!!! Rozmowa odrobinę przebudza Mnie i nawet tempo marszu przyśpiesza co owocuje dogonieniem Sławka, a i sam Sławek zauważa, że przyśpieszyłem.

Ja: Janusz, będę dreptał także jak chcesz to idź swoim tempem.

Szybko znika pomiędzy drzewami - kto szedł z Januszem ten wie na co go stać...

Wychodzimy z lasu na wielką Halę Turbacz - ostatnia prosta - po drodze mijamy polowy ołtarz (?) a następnie miejsce, które wspominam z wielkim głodem! Robiąc Polską Koronę Górską w tym miejscu napotkałem palące się ognisko, którego z daleka dym pachniał pieczonym mięchem – wspomnienie reaktywuje ślinotok!

Jesteśmy! Przed schroniskiem trójka osób grzeje się przy ognisku, kilka metrów dalej stoją rozbite namioty - możliwe, że pozostałości po zimowym campie. Wejście do Schronisko PTTK Turbacz cieszy i szokuje - ciepło i wielka impreza. Rozsiadamy się przy stole tuż przy kuchni turystycznej, gotujemy wodę na herbatę i chemioterapię (zupkę chińską). Sławek odpoczywa Ja zaś udaję się na piętro w poszukiwaniu Janusza - ani Janusza ani Stanisława ani Darka ani Kaśki ani Grześka - jednym słowem nikogo znajomego. Powrót okazuje się tak samo bolesny jak wejście na górę. Od Sławka dostaję w prezencie jedną herbatę (DZIĘKI !!!) w szklance znalezionej w kuchni zaparzam ją a do znalezionej miseczki nalewam wrzątku i wkrajam kawałki boczku. Przychodzi Janusz.

Janusz: Czekałem na Ciebie na górze.
Ja: Byłem, ale Cie nie znalazłem.
Janusz: Co to jest w tej miseczce?
Ja: Zupa boczkowa, hahaha
Janusz: Masz może herbatę na zbyciu?
Ja: Jeśli chcesz to tylko tego pampersa. (wskazuję na leżący pampers na kawałku foli)
Janusz: Dobra, normalnie nie pije.
Ja: Herbaty?
Janusz: Tej firmy, teraz smakuje wyśmienicie.
Ja: Jest świetna, chyba dodają do niej barwnika bo zaparza się w wodzie prosto z potoku.
(po wypiciu herbaty)
Janusz: Łukasz, jak myślisz zaparzy się jeszcze raz?
Ja: Na pewno da radę, hahaha

Stanisława odwiedzam na górze - rozmawiamy chwilę - delektując się widokiem śpiącego na ławce Darka.

Wypoczęci zbieramy się i ruszamy dokończyć dzieło tego iście wspaniałego spotkania. Czuję, że kryzys senny coraz szybciej się kończy a spodziewany koniec kryzysu jest o 02:00.
Na Turbaczu dociera Janusz, dzięki jego GPS w szybki sposób manewrujemy pomiędzy zgliszczami drzew.

W końcu, kryzys senny przeminął!!! Czuję super ożywienie!!!

W trakcie zejścia w okolicach 45km podczas krótkiego postoju Magda wypowiada "Mam 32 lata, przecież mogę normalnie żyć" - zapada cisza - nikt się nie śmieje, nikt nie komentuje...Mnie zaś śmignęły przed oczyma wszystkie górskie przygody - bolące stopy po raz setny dają o sobie znać - przewija się tylko jedna myśl - "Ma racje dziewczyna!!! Ja też mogę normalnie żyć!!! Z drugiej strony lubię wędrówki :)"

Przechodząc obok Schronisko PTTK Stare Wierchy obserwuję ostatki imprezy.

Dotarliśmy do Schronisko PTTK na Maciejowej - III Prawdziwa Zimowa Wyrypa Beskidzka - ZROBIONA! Godzina około 05:00 i ostatnie około 2km do samochodu. Zejście do Rabka-Zdrój po wyślizganym i zmarzniętym śniegu jest bardzo ciekawe. Co kilkadziesiąt metrów cała droga jest jak szklaneczka - jedynie skromnym bokiem daje się dreptać kroczek za kroczkiem.

Możemy jechać? Możemy! Jedziemy! Wrrr...wrrr...wrrr... Koła boksują w miejscu. Komu w drogę temu wypchać samochód! Wypchali i pojechali :)

Podsumowanie:
Cieszę się, że Wyrypa doszła do skutku. Spotkałem znajomych Janusza, Stanisława, Darka jak również poznałem nowych znajomych Kaśkę, Magdę, Sławka, Grześka, Janka. Na szlaku towarzystwo wspaniałe i uśmiechnięte :) Wydarzenia ciekawe i wyjątkowe. Na trasie było wszystko: śnieg, błoto, asfalt, skały, lód, dzień, noc, upał, zimno, słońce, gwiazdy. Największy kryzys na podejściu na Turbacz - senność, a wraz z nią osłabienie - drepcząc, rozglądałem się za miejscem na jamę śnieżną - z uporem i świetnym, upartym towarzyszem dotarliśmy do schroniska na Turbaczu - WIELKIE „DZIĘKUJĘ” SŁAWKU.


P.S.
Relacja Magdy: http://weekendwgorach.blogspot.com/2015/03/21-22-luty-2015-iii-prawdziwa-wyrypa.html
Kategoria: Rajdy | Góry